Bazyl. Człowiek z kulą w głowie *****

Paweł Mossakowski
2010-09-09, ostatnia aktualizacja 2010-09-10 17:30
Bazyl. Człowiek z kulą w głowie
Bazyl. Człowiek z kulą w głowie

Francja 2009 (Micmacs a tire - larigot). Reż. Jean-Pierre Jeunet. Aktorzy: Dany Boom, Julie Ferrier, Dominique Pinon, Marie-Julie Baup, Omar Sy, Jean-Pierre Marielle

Ekstrawagancka - jakżeby inaczej? - komedia twórcy "Amelii" (choć od strony wizualnej przypominająca bardziej jego wcześniejsze filmy - "Delikatessen" i "Miasto zaginionych dzieci"). Tytułowy Bazyl (Boom) został w dzieciństwie osierocony przez ojca, który zginął w Afryce wskutek wybuchu miny. Teraz jest łagodnym mężczyzną o marzycielskim usposobieniu, miłośnikiem filmów pracującym w odpowiednim dla siebie miejscu - wypożyczalni wideo. Tam również on (klątwa rodzinna?) ma bardzo nieprzyjemny kontakt z bronią: zostaje groźnie postrzelony w głowę. Wskutek wypadku Bazyl traci pracę, zostaje bezdomnym i żyje na ulicy, dopóki nie zostanie przygarnięty przez wesołą gromadkę kloszardów mieszkającą w pieczarze wykopanej w miejskim śmietnisku. W grupie tej, przypominającej wędrowną grupę cyrkową i pilnowanej przez opiekuńczą Mamę Zupę, znajdują się m.in.: niezwykle wygimnastykowana kobieta zwana Gumą (Ferrier), Rachuba, kobieta genialnie licząca (Baup), Maszynopis, etnograf z Kongo (Sy), marzący o biciu rekordów Guinnessa Łomot (Pinon), doświadczony włamywacz Paka (Marielle) i in. Wszystkich swoich nowych przyjaciół Bazyl angażuje do rozprawienia się z dwoma wpływowymi producentami broni, którym zawdzięcza swój smutny los.

Pewnym udogodnieniem w tej niezwykle trudnej misji jest fakt, że obydwaj mieszkają dokładnie naprzeciwko siebie - a także to, że każdy z towarzyszy Bazyla ma cechę, która okazuje się przydatna w przeprowadzeniu operacji. Więcej - każdy z nich jest przez tę cechę definiowany, tak jakby twórcy filmu najpierw obmyślili intrygę, a potem dopiero dopasowywali osoby najbardziej wobec niej "funkcjonalne".

Widać z tego, że rysunek psychologiczny bohaterów - dwuwymiarowych jak ze starych komiksów - nie jest tu najważniejszy. Ani nawet nie sama akcja, choć jest chwilami niezwykle pomysłowa, dowodząca tak dużej inwencji technicznej Jeuneta, jak i jego zmysłu improwizacji. Nie jest też mocną stroną filmu siła angażowanych w niego emocji - choć oczywiście chcemy, aby dwaj "handlarze śmiercią" (jeden stary burżuj, drugi bardziej w typie menedżera korporacji), pośrednio odpowiedzialni za nieszczęścia, jakie spotkały Bazyla, zostali przez niego (i jego sympatycznych kompanów) surowo ukarani.

Najwięcej twórczej energii Jeuneta poszło w design, w zaprojektowanie wizualnej strony filmu - bez tego "Bazyl..." straciłby połowę wartości, byłby tylko w miarę zabawną komedią "złodziejską". Ale fantazyjny świat, który udało mu się dzięki temu stworzyć, ma mnóstwo uroku - nieco zresztą anachronicznego. Znajdujemy się jakby w "starym kinie", w Paryżu, niby współczesnym, ale właściwie zanurzonym w bezczasie (wrażenie staroświeckości potęguje dodatkowo wykorzystana tu muzyka klasycznego hollywoodzkiego kompozytora Maxa Steinera) - i jest to podróż bardzo przyjemna. Slapstickowe dowcipy są nierówne - czasem genialne, czasem bardzo wymęczone; fabuła jest "łańcuszkowa" (sceny przypominają kolejno przewracane kostki domina), a w związku z tym kapryśna i często schodząca z głównej ścieżki. Ale wizja i styl potrafią wiele wynagrodzić.