Resident Evil: Afterlife **

Paweł Mossakowski
2010-09-09, ostatnia aktualizacja 2010-09-08 22:26
Resident Evil: Afterlife
Resident Evil: Afterlife

USA 2010. Reż. Paul W.S. Anderson. Aktorzy: Milla Jovovich, Ali Larter, Wentworth Miller, Shawn Roberts, Kim Coates

W otwierającej scenie filmu Alice (Jovovich) usiłuje rozprawić się z Weskerem (Roberts), szefem Umbrella Corporation, w której wyprodukowano wirus zamieniający ludzi w zombi. Nie udaje jej się to, wsiada więc do małego samolociku i leci na Alaskę, gdzie w miasteczku Arkadia spodziewa się znaleźć jeszcze jakichś niezarażonych wirusem ludzi, ale zastaje tylko swoją dawną towarzyszkę broni Claire (Larter), do tego dotkniętą całkowitą amnezją. Obie lecą następnie do opustoszałego Los Angeles, gdzie w gigantycznym więzieniu schroniła się, czekając na pomoc, niewielka grupka ocaleńców. Jest w niej m.in. Wentworth Miller (w roli aluzyjnie nawiązującej do jego występu w serialu "Skazany na śmierć") oraz wyjątkowo wredny producent filmowy (właściwie dlaczego nie krytyk?). Więzienie szturmowane jest przez armię zombi...

Coś przypominającego "akcję" zaczyna się właściwie dopiero w momencie, gdy Alice, Claire i reszta kompanii próbują wydostać się z oblężonego gmachu do stojącego u wybrzeży statku "Arkadia". Trzeba jednak powiedzieć, że osaczający ich zombi nie są szczególnie groźni: niemrawi, nieruchliwi (jedyną hiperruchliwą częścią ich ciała jest język) - rzeczywiście poważnym przeciwnikiem pozostaje ten podlec Wesper (który jeszcze się pojawi).

Ta podjęta po raz czwarty adaptacja popularnej gry komputerowej zapewne zadowoli fanów serii, ale niefanom radzę, aby od sali kinowej z "RE" trzymali się z daleka: jest kilka efektownych starć, lecz wokół nich roztacza się bezmiar nudy. Jest to produkt filmowy, który w ogóle wymyka się normalnym kryteriom oceny: nie ma postaci (o Alice możemy tylko powiedzieć, że ma ratowniczą misję, ładną buzię i dobrze kopie), nie ma fabuły, nie ma napięcia. Ma kosztowną scenografię, dudniącą muzykę i - zaskakująco toporne - efekty specjalne. Oraz tłumy wielbicieli, którzy i tak pobiegną do kina, niezależnie od tego, co bym tu nawypisywał.

PS Film ukazuje się w 3D, co okazuje się przydatne głównie w scenach demolek, gdy fragmenty materii "latają po sali". Ale po co w ogóle trzeci wymiar filmowi, który nie ma żadnego wymiaru?