Duża niespodzianka: hollywoodzka komedia romantyczna, która jest całkiem wdzięczna i zabawna, z bohaterami o przyzwoitym IQ i poruszającymi się po świecie bardziej przypominającym rzeczywistość niż bajkę. Ale może moje oczekiwania wobec tego gatunku tak się obniżyły, że w małym raczku widzę dużą rybę.
Garrett (Long) pracuje w nowojorskiej wytwórni płytowej, Erin (Barrymore) odbywa letni staż dziennikarski w nowojorskim dzienniku. Jednak wkrótce po poznaniu się (i dojściu do wniosku, że są w sobie szaleńczo zakochani) Erin musi wracać do Kalifornii, aby skończyć studia. Kontaktują się przez niezliczone SMS-y, maile i Skype'a, ale czy taki związek na odległość ma szanse przetrwać?
Sam konflikt - miłość vs kariera (czy wręcz miłość vs etat: oboje wybrali sobie branże mocno dotknięte kryzysem) - nie jest czymś specjalnie nowym. Nie są też szczególnie oryginalne wynikające z niego praktyczne dylematy (razem czy osobno? a jak razem, to tu czy tam?). W pewnym nawet momencie problem wydaje się pozorny: Erin dostaje interesującą propozycję z "San Francisco Chronicle", Garretta zaś w NY nic tak bardzo nie trzyma: jego zajęcie w wytwórni jest nieciekawe i frustrujące, nie jest on też nowojorskim szowinistą a la Woody Allen, który poza Manhattanem nie wyobraża sobie życia - wybór wydaje się więc oczywisty.
Film jest więc dość konwencjonalny i ociupinkę naciągany, ma jednak swoje zalety. Zrobiony jest z dużo większym zmysłem realizmu niż zdecydowana większość komedii romantycznych: reżyserka kręciła wcześniej wyłącznie dokumenty i być może dzięki temu potrafi trzymać się ziemi. "Stosunki..." mają też zgrabny scenariusz (z kolei męskiego autorstwa), całkiem dowcipne (choć niekiedy przesadnie świntuszące) dialogi oraz dwójkę bohaterów, których daje się lubić. To, że Long i Barrymore są (czy też raczej bywają) parą również w życiu prywatnym, niewątpliwie ułatwia wytworzenie między nami naturalnej chemii, ale też trzeba przyznać, że oboje po prostu dobrze - zaskakująco dobrze - grają. Nieźle wypadają też role drugoplanowe: nadopiekuńczej siostry Erin, Coranne (Applegate) oraz dwóch kumpli (to już w komedii romantycznej zestaw obowiązkowy) Garretta, wyjętych jakby wprost z filmów Apatowa: Boxa (Sudeikis) i Dana (Day). Ten pierwszy jest nieco bezbarwny, ale za monolog o "wąsie służącym jako machina czasu" wiele mu wybaczę. Drugi, będący zarazem współlokatorem głównego bohatera, jest mocno drażniący (jak ten Garrett wytrzymuje z nim pod jednym dachem?) i ma niestety skłonności do humoru typu toaletowego. Jednak jako duet sprawdzają się.