Ciekawa sprawa, bo z jednej strony amerykański
thriller, i to odwołujący się do schematów i rekwizytów kina akcji klasy B, ale nakręcony przez Europejczyka (wybijający się duński reżyser Refn, autor m.in. dilerskiej trylogii "Pusher" i "Bronsona") - stylowo, atmosferycznie i z nieukrywanymi ambicjami artystycznymi. Z jednej strony bang-bang i bum-bum, z drugiej - egzystencjalny zgryz, niby u jakiegoś drugiego Melville'a. Kombinacja okazała się na tyle intrygująca, że film został zakwalifikowany do głównego konkursu w Cannes, a tam owacyjnie przyjęty. Ja aż takim jego entuzjastą nie jestem.
Bohater "Drive'a" grany przez Goslinga to małomówny, zamknięty w sobie 30-latek, który pracuje na co dzień jako mechanik w warsztacie samochodowym, ale jest przede wszystkim znakomitym kierowcą. Swoje nieprzeciętne umiejętności wykorzystuje w ten sposób, że w ciągu dnia dorabia sobie jako kaskader filmowy, zaś w nocy wynajmuje się jako kierowca rabusiów i włamywaczy przy wszelkiego rodzaju skokach. Ale - choć z prawem na bakier - człowiek na swój sposób uczciwy, honorowy, trzymający się własnego kodeksu. I, oczywiście, "samotny wilk", którego jedynym przyjacielem jest właściciel warsztatu Shannon (Cranston), starszy już facet o niejasnej przeszłości i z niebezpiecznymi znajomościami.
Samotność jednak naszemu bohaterowi wyraźnie ciąży. Zaczyna się interesować sympatycznie wyglądającą sąsiadką Irene (Mulligan) mieszkającą z ośmioletnim synem, którego ojciec odsiaduje w więzieniu wyrok. Z tego też powodu nasz bohater nie posuwa się dalej, kontentując się rolą przyjaciela i opiekuna. A gdy mąż Irene opuszcza więzienie, angażuje się (oczywiście tylko jako kierowca) przy napadzie na lombard, wskutek czego zadziera z potężnymi gangsterami (Perlman i Brooks).
I tu następuje w naszym bohaterze nieoczekiwana metamorfoza, odsłania swoje drugie ja: z cichego, spokojnego człowieka zamienia w bezwzględnego kilera, który - dla ochrony życia własnego i ukochanej kobiety - zdolny jest mordować, i to w najbardziej brutalny sposób. Stąd tytuł filmu, który odnosi się bezpośrednio do jazdy
samochodem, ma też sens metaforyczny - oznacza "zmianę biegu" w osobowości bohatera.
Refn, Duńczyk (ale wychowany w Ameryce), jest wybitnie zdolnym reżyserem (zrobi karierę w Hollywood, nie ma dwóch zdań) i jego film jest technicznie bardzo sprawnie zrealizowany, czysty i precyzyjny. Otwierająca "Drive" scena napadu i późniejszej samochodowej ucieczki są zrobione rewelacyjnie, mają i klimat, i napięcie. Nie próbuje też w scenach pościgów samochodowych prześcignąć "Szybkich i wściekłych" - znacznie bliżej jesteśmy tu klasycznego "Bullitta". I co najbardziej, zważywszy na temat, zaskakujące: tempo filmu - mimo raptownych przyśpieszeń i eksplozji przemocy - jest powolne, wręcz celebracyjne.
Problem w tym, że historia, jaką Refn opowiada, jest schematyczna i miejscami niedorzeczna - między wyrafinowanym stylem a la Michael Mann a prymitywną fabułą rozwiera się przepaść. Refn, który zapewne jest świadomy, że porusza się w strefie filmowej pulpy, niekiedy klajstruje ją tzw. kampem, ale nie zawsze to pomaga. Są momenty, gdy publiczność śmieje się nie dlatego, że tak zamierzył sobie reżyser, ale dlatego, że to, co widzi, jest już zbyt głupie. Powiem też szczerze, że osobiście nie przepadam za zderzaniem ze sobą sentymentalizmu i romantyzmu oraz nagiej, dosłownej przemocy, a na tej dwubiegunowości zasadza się "Drive". Pod tym względem najbardziej charakterystyczna jest scena, w której nasz bohater jedzie windą z Irene i wysłannikiem tropiących ich gangsterów: najpierw wymienia z ukochaną długi, namiętny pocałunek, po czym przewraca bandziora na podłogę, bierze "pod obcas" i metodycznie kopiąc, miażdży mu szczękę i czaszkę.
Oglądając film, mówiłem do siebie na przemian: "Rany, jaki to zdolny człowiek" i: "Jezu, co to za pretensjonalne gówno". Do tej pory nie wiem, które wrażenie było silniejsze.