USA, Wielka Brytania 2011 (Arthur Christmas). Reż. Sarah Smith. W wersji polskiej: Paweł Ciołkosz, Paweł Szczesny, Tomasz Borkowski, Elżbieta Gaertner, Tomasz Grochoczyński, Dominika Kluźniak
Tytułowy Artur to nie byle kto: jest synem samego świętego Mikołaja. Ale synem jakby z innej bajki - nie dość, że chudziak, to jeszcze mocno niezdarny, jak na XXI wiek zbyt romantyczny i mało wkręcony w technologiczne zabawki, bez których system wręczania prezentów współcześnie istnieć nie może. Bo akcja Gwiazdka to zakrojona na szeroką skalę informatyczno-logistyczna operacja: tysiące elfów obsługuje komputery, dostarcza prezenty nowoczesnym statkiem S-1 (również do Polski!), a wszystkim dowodzi drugi syn Mikołaja, czyli Steve. Ten posturę - jak na rodzinną tradycję przystało - ma odpowiednią, ale stosunek do Gwiazdki mocno cyniczny: zależy mu głównie na tym, by przejąć schedę po ojcu, by Mikołajowy zwyczaj zmienić w przemysł perfekcyjnego dostawcy. I żeby zgadzała się matematyka. A akurat tym razem się nie zgadza, bo jedno dziecko - przypadkiem - prezentu nie dostało.
Wtedy - jak nietrudno przewidzieć - do akcji wkracza Artur, któremu pomaga dziadek. Czyli Mikołaj emerytowany, który od wynalazków technicznych woli tradycyjne sanie, zaprzęg ośmiu reniferów i magiczny pył. Ale dziadek ma już swoje lata, z kolei bujający w chmurach Artur do mistrzów radzenia sobie w sytuacjach nieprzewidzianych nie należy. Zaczynają się więc kłopoty, które dość brawurowo rozwiązywać próbuje mocno stąpająca po ziemi (i zafiksowana na punkcie pakowania prezentów) dziewczyna elf.
Nie ma wątpliwości, że wszystko skończyć się musi dobrze - finał zapowiada przecież już sam tytuł filmu. W ogóle fabularnych zaskoczeń zbyt wiele nie ma, bo rzecz zbudowana jest przewidywalnie, w dodatku na prostych przeciwieństwach bohaterów. A jednak broni się pomysłowymi detalami: z jednej strony problemy szalonej ekipy Artura z geografią, z drugiej - prosty GPS, który ratuje im życie; dostarczanie prezentów przypominające sensacyjne akcje Jamesa Bonda, ale też niesforność niezbyt lotnych reniferów.
Rzecz jest więc klasyczna i w klasyczny sposób łączy całkiem udany humor z widowiskowością. Przede wszystkim jednak, nawet jeśli film to typowy, przedświąteczny, kinowy produkt, wygrywa w nim wyciskający łzy świąteczny klimat - aż chciałoby się, żeby faktycznie w całym tym bożonarodzeniowym szaleństwie, które trwa już nie tylko w supermarketach, najważniejsze były dzieciaki. Nieskażone plugastwem dorosłych, zdolne do cieszenia się z drobiazgów i naturalnej wiary w rzeczy nie do uwierzenia.