Gunnar szuka Boga ...a także, może przede wszystkim, alternatywy dla życia, jakie wiedzie. A jest to życie, którego na pierwszy rzut oka można tylko pozazdrościć: kochająca żona, dzieci, pies, ładny dom na przedmieściach, w domu cztery telewizory, sprzęt grający dużej klasy, czterodrzwiowa lodówka itd. Jednak Gunnarowi - reżyserowi tego dokumentu - czegoś brakuje, dręczy go nieokreślony niepokój, odczuwa jałowość swojej sytej, uporządkowanej, niejako zaprogramowanej przez społeczeństwo egzystencji. W poszukiwaniu innego sposobu życia wraz z filmową ekipą (producentka, kamerzysta, dźwiękowiec - przeżywającymi zresztą podobne dylematy i niepokoje), wyrusza do najstarszego klasztoru chrześcijańskiego w Egipcie (!). Tam odkrywa, że przesycona wiarą w Boga egzystencja mnichów jest tak "egzotyczna", stosunek do podstawowych wyznaczników ludzkiej sytuacji jak samotność i śmierć - tak odmienny, że są to właściwie światy nieprzekładalne, niekompatybilne. Niespodzianka? W żadnym wypadku. Siłą filmu nie jest odkrywczość - ani diagnozy (ile to razy słyszeliśmy o "duchowej pustce społeczeństwa konsumpcji"?), ani końcowych wniosków. Jego wartość leży raczej w klarowności, z jaką się przedstawia podstawowe opozycje (wyrzeczenie się świata zewnętrznego - łapczywe z niego korzystanie; równowaga i spokój - dystrakcja i niepokój itd.), w szczerości tonu i osobistym wymiarze doświadczenia (reżyser i jego współpracownicy są zarazem bohaterami filmu) i cienkiej autoironii. Bardzo urozmaicony jest też kształt wizualny filmu. Niekiedy może irytować naiwność pytań i banalność odpowiedzi (wygłaszanych zza ekranu z taką emfazą, jakby odkrywało się tajemnicę istnienia) oraz rozczarować skromność końcowych konkluzji praktycznych ("Muszę w niedzielę wyłączać komórkę"), ale w sumie rzecz ciekawa i pouczająca.