Film szalenie nieefektowny, zbudowany z niuansów, dla widzów ceniących mocną fabułę albo efektowną psychologię pewnie w pierwszym odruchu w odbiorze trudny. Bo też "Powrót do domu" zbudowany jest na "łapaniu" migotliwej codzienności, zwyczajnych gestów, banalnej krzątaniny. Albo banalnej przynajmniej zewnętrznie.
O trzech nastoletnich bohaterkach z początku nie wiadomo prawie nic: zachowują się jak koleżanki wynajmujące dom i korzystające z chwilowej wolności bez rodziców. Ale trzy siostry nie mają ani rodziców, których straciły wiele lat wcześniej, ani wychowującej ich babci, która zmarła zupełnie niedawno. Trudno też powiedzieć, że tworzą siostrzany tandem - ich relacja to ciągła przepychanka, mieszanka podejrzliwości i zazdrości, małych kłamstw i wielkich zadr.
"Czy zauważyłeś, że Marina jest jakaś inna?" - pyta jedna z sióstr poznanego niedawno chłopaka. I słyszy: "Każda z was jest zupełnie inna". Violeta ma swoje tajemnice, ukrywaną miłość i plan wyjazdu z zaskoczenia. Sofia kreuje się na wyzwoloną nastolatkę, a kompleksy maskuje dziecinną chwilami złośliwością. Najciekawsza okazuje się Marina (nagrodzona Srebrnym Lampartem w Locarno Maria Canale) - pozornie ułożona, wiecznie zajęta książkami i nieprzywiązująca wagi do romansów, a w istocie rozpaczliwie szukająca bliskości, której nie potrafią dać jej siostry. Nawet jeśli czują tę samą pustkę, co widać w przeszywającej scenie wspólnego słuchania rzewnej
piosenki "Back to Stay" Bridget St. John.
Film jest o siostrach, ale być może jeszcze bardziej - o przedmiotach. Meble (i pełniące ważną funkcję drzwi), wymieniane i podkradane sobie nawzajem ubrania, mniej lub bardziej sentymentalne pamiątki po przodkach: wydaje się, jakby tylko rzeczy były zakotwiczone w ludziach i miejscu. I tylko za ich pomocą dało się wyrazić tęsknotę za czymś, czego nikt tu nie nazywa wprost.
Dorosłych nie ma - to ta nieobecność buduje alternatywne znaczenie filmu, który ani nie jest tak wybitny, jak chcą jedni (Złoty Lampart na festiwalu w Locarno), ani tak błahy, jak twierdzą inni. Nie chodzi o banał, że młodzi żyją w Argentynie bez żadnych punktów oparcia - ten dziwnie smutny dom to raczej mikrokosmos (można go też czytać w sensie politycznym) urządzony przez inne pokolenia, które zniknęły i w prezencie ofiarowały jedynie bezradność. Czy tylko nastolatkom z Argentyny?