Człowiek z Hawru ****

Paweł Mossakowski
2012-01-05, ostatnia aktualizacja 2012-01-03 12:25
Człowiek z Hawru
Człowiek z Hawru

Finlandia, Francja, Niemcy 2011 (Le Havre). Reż. Aki Kaurismaki. Aktorzy: Andre Wilms, Blondin Miguel, Kati Outinen, Jean-Pierre Darroussin

Bohaterem rozgrywającego się we francuskim portowym mieście filmu jest Marcel (Wilms), niegdyś członek paryskiej bohemy, a obecnie skromny pucybut mieszkający w małym domku z żoną Arlette (Outinen) i psem Łajką. Pewnego dnia stała i niezmienna rutyna jego codziennych zajęć zostaje zakłócona: z kontenera pełnego nielegalnych emigrantów z Afryki ucieka młodziutki chłopak Idrissa (Miguel) i Marcel zaczyna się poszukiwanym przez policję uciekinierem opiekować. Zaś w tym samym czasie jego ukochana Arlette zapada na ciężką chorobę i zostaje umieszczona w szpitalu...

W tej tragikomicznej, nieco bajkowej (w sensie prymatu myślenia życzeniowego nad rzeczywistością) opowiastce znajdziemy bez trudu charakterystyczne cechy kina Kaurismakiego: a więc ciepły, empatyczny stosunek do tych, którym się nie udało - pokrzywdzonych przez los, znajdujących się gdzieś u dołu drabiny społecznej. Skłonność do stylizacji, przejawiającej się przede wszystkim w sposobie gry aktorów - pozbawionym właściwie ekspresji, "pokerowym", utrzymanym w tradycji Bustera Keatona. I wreszcie związane z tym specyficzne poczucie humoru, nieco oschłe, wyczulone na absurd sytuacji.

Film jest jednak znacznie pogodniejszy niż większość filmów fińskiego reżysera. Więcej też niż zwykle jest tu sentymentalnej, słodkiej nostalgii. I nie chodzi tylko o staroświeckie aparaty telefoniczne (komórka pojawia się bodaj tylko raz) i winylowe płyty czy o muzykę jak z przedwojennych melodramatów uzupełnioną obowiązkową porcją starego, dobrego rock and rolla. Ani nawet o odniesienia do starych francuskich filmów czy znanych postaci francuskiej kultury. Francja tutejsza - a właściwie jej kawałek znajdujący się w ubogiej dzielnicy Hawru - jest niewspółczesna, anachroniczna: z małą piekarnią, sklepikiem spożywczym i skromnym barem, gdzie miejscowi proletariusze wpadają na kieliszek wina. To nie jest Francja szykownych kamienic ani ponurych blokowisk - to jest Francja, gdzie wszyscy się znają. I wszyscy spontanicznie, w odruchu solidarności, przyłączają się do akcji pomocy dla małego Murzynka z Gabonu. I nawet tropiący go komisarz policji - zresztą najciekawsza, bo niejednoznaczna postać filmu - odsłania swoje ludzkie oblicze.

Wszystko to jest oczywiście "zbyt piękne, aby było prawdziwe", bardziej wskazujące, jak być powinno, niż opisujące, jak jest, i idealistyczny optymizm Kaurismakiego nie wszystkim przypadnie do gustu. Są też w filmie niekonsekwencje scenariuszowe, których nie da się wytłumaczyć umownością konwencji: Idrissa jest poszukiwany przez policję takim nakładem sił i środków, jakby był seryjnym zabójcą, z drugiej strony wraz ze swoim opiekunem poczyna sobie bardzo nieostrożnie i niefrasobliwie. Przyznam też, że trochę już mam dosyć powstających seryjnie w ostatnich latach filmów o "złym sumieniu Europy". Ale rzecz w sumie przyjemna i podnosząca na duchu, co na początek roku zawsze się przydaje.