Musimy porozmawiać o Kevinie *****

Paweł Mossakowski
2012-01-13, ostatnia aktualizacja 2012-01-11 19:42
Musimy porozmawiać o Kevinie
Musimy porozmawiać o Kevinie
Fot. Nicole Rivelli photography

Wielka Brytania, USA 2011 (We Need to Talk About Kevin). Reż. Lynne Ramsay. Aktorzy: Tilda Swinton, John C. Reilly, Jasper Newell, Ezra Miller

Być może przesadą byłoby twierdzić, że film Lynne Ramsay narusza jakieś tabu, ale niewątpliwie wprowadza postać rzadko w kinie (przynajmniej tego gatunku) spotykaną, a mianowicie dziecko potwora. Owszem, spotykamy je często w horrorach ("Omen"), ale w realistycznych, trzymających się ziemi dramatach psychologicznych małe dzieci są na ogół słodkie i niewinne. Często wyrastają na zwyrodnialców i łotrów, ale to dopiero potem: jako berbecie stanowią niezapisaną kartę. Tu zaś tytułowy Kevin niemal od początku zapowiada się na groźnego socjopatę.

Dlaczego? To pozostaje zagadką. Film Ramsay wprawdzie trudno traktować jako głos w niekończącej się dyskusji między zwolennikami dziedziczności i wychowania, ale reżyserka zdaje się skłania się raczej ku tej pierwszej teorii. Jej film zdaje się mówić: niektórzy ludzie rodzą się po prostu źli. Ale znalazłyby się tu również argumenty przeciwne: Kevin jest ewidentnie dzieckiem niechcianym. Jego matka Eva (Swinton), wzięta pisarka podróżnicza, wiadomość o ciąży przyjmuje niechętnie, wiedząc, że macierzyństwo pociągnie to za sobą konieczność rezygnacji z atrakcyjnej pracy i dotychczasowego stylu życia. Zaś już po urodzeniu nie potrafi powstrzymać odruchów zniecierpliwienia i irytacji. Czy mały Kevin czuje to przez skórę i dlatego potem postępuje tak, jakby chciał powiedzieć: "Nie prosiłem się na ten świat"? W dodatku między rodzicami nie ma wychowawczej jednomyślności: Eva jest wymagająca (ale czy jej wymagania nie są podświadomą formą represji?), zaś jej mąż Franklin (Reilly) to ślepo zakochany tatuś, bezkrytycznie zachwycony synkiem. Co ten - niewątpliwie bardzo inteligentny - umiejętnie wykorzystuje, manipulując ojcem i nastawiając rodziców przeciwko sobie.

Ale o tym wszystkim dowiadujemy się w retrospekcjach. Zaś w momencie rozpoczęcia filmu zastajemy Evę kilkanaście lat później mieszkającą samotnie w skromnym domku chętnie obrzucanym przez nieznanych sprawców puszkami z czerwoną farbą i ogólnie traktowaną jak trędowata. Domyślamy się, że ma to jakiś związek z Kevinem, że musiał zrobić coś bardzo, bardzo złego, ale szczegółów nie znamy. Eva jest w depresji, blada, półprzytomna, lunatyczna. Po dawnej karierze pisarskiej nie zostało śladu: jest szczęśliwa, gdy znajduje pracę urzędniczki w małej agencji turystycznej.

Film przeskakuje następnie w przeszłość i potem ten naprzemienny tok narracji - teraźniejszość/retrospekcja/teraźniejszość - jest konsekwentnie kontynuowany. Wymaga to od widza dużej uwagi, gdyż czasami zasady przejścia od współczesności do przeszłości są czysto asocjacyjne: jedna zdaje się zlewać z drugą. Trudno jednak, żeby było inaczej - znajdujemy się wszak w głowie bohaterki. "Kevin" jest bowiem kinem skrajnie subiektywistycznym: wszystko, co się w nim dzieje, zostaje przepuszczone przez świadomość Evy. Evy dręczonej poczuciem winy i pragnącej rozpaczliwie zrozumieć, jak mogło stać się to, co się stało...

Film w sensie fabularnym raczej prosty - wizualnie jest bogaty i skomplikowany. Zdjęcia są zresztą pierwszorzędne, jak również montaż, dźwięk i reżyseria. Ale największym jego atutem pozostaje nieopuszczająca ekranu Swinton: chwilami może za bardzo celebrująca już swój kunszt aktorski, ale niewątpliwie stwarzająca kreację wybitną. W zbliżającej się walce o Oscary będzie należała do faworytek.