Oslo, 31 sierpnia ****

Paweł Mossakowski
2012-01-13, ostatnia aktualizacja 2012-01-11 19:43
Oslo, 31 sierpnia
Oslo, 31 sierpnia

Norwegia 2011 (Oslo, 31. August). Reż. Joachim Trier. Aktorzy: Anders Danielsen Lie, Hans Olav Brenner

Przejmujący film. Gdzieś na wierzchu o niemożności wyjścia z heroinowego nałogu, ale głębiej - o egzystencjalnej pustce, która tę niemożność utrwala i uzasadnia. Anders (Lie) wychodzi na jeden dzień (tytułowego 31 sierpnia) z ośrodka, w którym jego dziesięciomiesięczna terapia dobiega właśnie końca. Spotyka się ze starym przyjacielem Thomasem (Brenner), który z nim kiedyś ostro imprezował, a teraz jest spokojnym, nieco znudzonym akademikiem z żoną i małym dzieckiem. Odbywa "rozmowę o pracę" w redakcji pisma (w przeszłości był dobrze zapowiadającym się pisarzem i dziennikarzem). Próbuje dodzwonić się do byłej dziewczyny, która uciekła przed nim do Nowego Jorku. A także włóczy się po ulicach swojego ukochanego Oslo... które w słońcu ostatniego dnia lata wygląda spokojnie, przyjaźnie, sielankowo wręcz - co jeszcze pogłębia jego wyobcowanie. Świat jest daleki, ludzie karmią się iluzjami - Anders nie chce ich dzielić, w związku z tym nie widzi żadnego powodu, aby dalej żyć. Żadna wartość - ani rodzina, ani kariera, ani nawet miłość - nie wydaje mu się na tyle cenna, aby chciało mu się jeszcze to ciągnąć. Ma poczucie, że mając wspaniały punkt startu (pochodząc z dobrze sytuowanej, liberalnej rodziny, będąc inteligentny, przystojny i utalentowany), wszystko zmarnował, a poczucie winy nie pozwala mu uwierzyć w naiwną filozofię "drugiej szansy". Na kolejny start w wieku 34 lat nie ma już sił.

Wszystko to ukazane jest bardzo przekonująco, zostaje pierwszorzędnie wyreżyserowane (Trier już w swoim debiutanckim - i znacznie bardziej skomplikowanym - "Reprise" pokazał, co potrafi) i bardzo dobrze zagrane, mimo że nieschodzący niemal z ekranu Lie jest z zawodu lekarzem, nie aktorem. Rytm narracji jest zmienny: długie rozmowy przedzielane są równie długimi pasażami ciszy, w których przez oczy Andersa oglądamy zmieniający się, idący w przyszłość świat, którego ten nie próbuje już gonić. No i cała sprawa jest zuniwersalizowana: są sceny, gdy zapominamy, że Anders jest dręczonym świadomością życiowej klęski narkomanem; każdy, kto ma poczucie odstawania od świata i nieprzystosowania do niego, łatwo się w filmie odnajdzie.

Wszystko to jest jednak naznaczone od początku obezwładniającą beznadzieją: Trier ani na moment nie zapala światełka, nie próbuje budować huśtawki nadziei i rozpaczy - podstawowego urządzenia filmowej dramaturgii. Zapewne w tym przypadku nie można było inaczej, ale kino takiej emocjonalnej jednokierunkowości nie lubi i widz od początku wie, w którą stronę zmierza historia. Ale wrażenia jej prawdziwości to nie pomniejsza - wprost przeciwnie.

I jeszcze na koniec ciekawostka: "Oslo..." inspirowane jest przedwojenną powieścią faszyzującego pisarza francuskiego Pierre'a Drieu La Rochelle, na podstawie której w 1963 roku powstał znany film Louisa Malle'a "Błędny ognik". Tyle że tam był alkohol, a tu jest heroina - czasy się zmieniają niekoniecznie na lepsze.