Muppety ****

Paweł Mossakowski
2012-01-20, ostatnia aktualizacja 2012-01-20 15:15

USA 2011 (The Muppets). Reż. James Bobin. Aktorzy: Mupety, Jason Segel, Amy Adams, Chris Cooper. Dubbing: Jacek Bończyk, Jarosław Boberek, Michał Zieliński

Muppety
Fot. Andrew Macpherson
Muppety
Filmy


Trochę nietypowa sytuacja, bo film niby dla dzieci, a bardziej może trafić do dorosłych. I to tych już nie najmłodszych, którzy, jak niżej podpisany, "Muppety" oglądali i wielbili - a teraz będą mieli okazję zaspokoić swoją nostalgię. Co nie znaczy, broń Boże, że dzieci (wnuki?) mają zostać w domu. Nie, dla nich z kolei będzie to okazja do poznania ulubieńców swoich rodziców (dziadków?) i nie mam wątpliwości, że z zawarcia tej znajomości będą zadowolone.

Fabuła filmu jest raczej wątła, stanowiąca właściwie pretekst do finałowego "show" i korzystająca z chętnie stosowanego w kinie schematu (od westernu do przygodowego science fiction w rodzaju "Kosmicznych kowbojów") pt. "Weterani skrzykują się". Oto muppetopodobny stworek imieniem Walter, wielbiciel "Muppetów", jedzie ze swoim bratem Garym (Segel - drągal z "Chłopaki też płaczą") i jego narzeczoną Mary (Adams) do Los Angeles: oni mają świętować swoją 10. rocznicę znajomości, on chce obejrzeć teatr muppetów pełniący zarazem funkcję studia nagraniowego. I oto okazuje się, że legendarna siedziba jego idoli obraca się w ruinę, a co gorsza, ostrzy sobie na nią zęby pazerny nafciarz Tex (Cooper): chce ją kupić, zrównać z ziemią i wydobywać ukrytą pod nią ropę (trochę dziwaczny pomysł). Jak uratować zagrożony budynek? Bagatela - zwołać zespół, dać transmitowany przez którąś z telewizji program i zebrać 10 mln dol.

"Zwoływanie się", zarządzone przez niezawodnego Kermita, nie jest łatwe: każdy z mupetów ma już przecież swoje życie. Fazie chałturzy w zespole The Moopets, Gonzo jest potentatem w branży instalacji sanitarnych, Panna Piggi (w najlepszym epizodzie tej partii filmu) redaktorką w paryskiej redakcji "Vogue" (są aluzje do "Diabeł ubiera się u Prady"). Nie jest też takie proste umieszczenie "show" w telewizji - muppety dowiadują się, że są już zbyt staroświeckie i że muszą ustąpić miejsca dynamicznym teleturniejom w rodzaju "Walnij belfra!". Na szczęście ich występ - a zarazem sam film - stanowi całkowite zaprzeczenie tych aroganckich twierdzeń.

Film nie jest zresztą może nadzwyczajny, ale potrafi wykorzystać atuty programu, któremu składa hołd: świetnie wymyślone przez Jima Hensona wyraziste i wdzięczne postaci oraz energetyzujący żywioł radosnej anarchii. Trzeba też przyznać, że niektóre nowe skecze są całkiem zabawne, a dialogi dowcipne, chętnie przypominające autoironicznie, że "to przecież tylko film". Nie ma tu też - oprócz wydających osobliwe dźwięki butów Faziego - żadnych wycieczek w stronę humoru klozetowego, tak uwielbianego przez amerykańskich twórców dziecięcych komedii. Jak elegancja, to elegancja!

Muzyczno-taneczne numery, z wyjątkiem świetnego "Man or Muppet?", nie zachwycają (nie wiem też, czy przeróbka wielkiego przeboju Nirvany rozbawi fanów tego zespołu), ale wykonane są z animuszem i ostro pastiszowym zacięciem. Najsłabszy - tradycyjnie już w filmach, gdzie aktorzy spotykają się z lalkami - jest wątek ludzki: Gary nie może zdecydować się na sformalizowanie związku z Mary, zaniedbuje ją na rzecz braciszka itd. - wszystko jest przewidywane od a do z, a wykonawcy ograniczają się do robienia głupich min. Rzecz cała jest na mój gust zbyt przesłodzona i landrynkowa - tak jakby chciano beztroską wesołością zneutralizować melancholijne poczucie przemijania, jakie filmy o "powrocie po latach" na ogół wywołują - ale dla fanów muppetów (obecnych i przyszłych) obecność na seansie pozostaje obowiązkowa.