Dwie
nastolatki: Oona (Krebitz), która mieszka w gustownym domu z rodzicami artystami oraz Ari (Haase), która na naiwnie prostolinijną matkę i mało błyskotliwego ojca potrafi patrzeć tylko z góry. Gdy dziewczyny mijają się, rzucają sobie złowrogo podkreślone tanimi efektami specjalnymi spojrzenia jak z horroru. Ale zaprzyjaźnią się i tak, chociaż role w tej relacji okażą się przekorne: to wychowywana w artystowskiej wolności Ari będzie skłaniać się ku tradycji i wierności, a Oona zacznie eksperymentować i z seksem, i z... moralnymi zasadami. W filmie Ziski Riemann świat pełen jest mniejszych lub większych psychicznych dziwactw, ale też kompletnie bezradnych wobec tego dominującego szaleństwa psychologów i psychiatrów. "Lollipop Monster" to bowiem brutalna bajka - szkoda, że przeszarżowana i dramatycznie powierzchowna - o tym, jak słaby jest człowiek i w swojej kruchości... głupi. Ojciec Ari, kiedy dowiaduje się, że żona zdradza go z bratem, popełnia samobójstwo. W domu Oony mieszka upośledzony brat, ale jego nadwrażliwość okaże się maską dla czekającej na wybuch agresji. Nie ma się czego zaczepić, nie ma gdzie szukać sensu, wiec pozostaje chwilowa przyjemność i zgrywa - w końcu gdy świat jest do niczego, zawsze można... stłuc szybkę z guzikiem od alarmu i uciec. "Chcecie się pieprzyć? Kto pierwszy?" - pyta na szkolnym korytarzy napalonych kolegów Oona. Ale koledzy mocni sa tylko w słowach. Tyle że ta pozornie pewna siebie, puszczalska - mówiąc szczerze - nastolatka jest tak samo przerażona życiem, jak wszyscy inni. Ale irytuje nie tylko ona: również reżyserka, która rysuje swój fabularny mikrokosmos grubą krechą i wierzy, że mało oryginalne, formalne fajerwerki to zręczny sposób, by kryjący się za tą historią banał schować. Naprawdę? Nie jest to film zupełnie nieudany: ogląda się go jednak jak reżyserską wprawkę, ćwiczenie młodego filmowca, który chce wyważyć drzwi, ale nie wie jeszcze jakie, próbuje iść pod prąd, ale nie widzi, że ostatecznie sięga we wnioskach po klisze. Dopiero następny film Riemann pokaże, czy to wyłącznie grzechy debiutanta.