"Co to znaczy pesymista"? - pyta matkę na początku tego autobiograficznego filmu siedmioletnia córka Cecilia (błyskotliwa Paula Galinelli Hertzog): jak się okazuje, nie po raz pierwszy. Rzeczywistość, w której żyje dziewczynka - czasy wojskowej dyktatury w Argentynie lat 70. - jest stopiona w szarościach, depresyjna, uporczywie tymczasowa. Matka z córką żyją jak uciekinierzy w opuszczonym budynku na plaży, próbują przetrwać szaleństwo. "Tata sprzedaje zasłony, a mama zajmuje się domem" - powtarza wyuczoną formułkę Cecilia, chociaż ojca nie ma. Ale o tym, co naprawdę się z nim stało, mówić nie wolno: ani koleżankom, ani tym bardziej w nowej szkole.
Kapitalny pomysł Pauli Markovitch, scenarzystki znakomitego "Jeziora Tahoe", polega na przyjętej perspektywie - dramat historii podpatrujemy oczami dziecka, które o wielu rzeczach nie wie, ale jest bystrym obserwatorem, więc rozumie więcej, niż mogłoby się wydawać. Większość filmu rozgrywa się w milczeniu, pośród kolejnych, błahych zabaw
dzieci, które bywają w szkole niesforne, w czasie wolnym zajmują się nieważnymi z pozoru zajęciami, ale naznaczone też są dziwną nadświadomością. Nie udałby się jednak reżyserce ten zabieg, gdyby nie niezwykłe zdjęcia Wojciecha Staronia (nagrodzonego rok temu na festiwalu w Berlinie) - ten wielokrotnie wyróżniany dokumentalista jak nikt inny potrafi podpatrywać świat dzieci, chwytać w kadrze ich naturalną nonszalancję, dziecięcą radość powiązaną ze smutkiem.
"Kochacie naszą ojczyznę?" - pyta w szkole wojskowy. Dzieci ubrane w białe fartuchy jak w szpitalu muszą odpowiedzieć chórem: "tak", a wcześniej udowodnić, że potrafią stać na baczność. Wojsko wymyśliło właśnie
dla dzieci nowy konkurs - trzeba narysować flagę i "napisać pięknie o naszej armii". Co Cecilia wyróżniająca się wśród uczniów bystrością i sprawnym czytaniem robi, tyle że w sposób, którego nie powinna: w jej wypracowaniu przy ojcu pojawia się wzmianka: "zamordowali". Konsekwencji nie będzie, nauczycielka zorientuje się w porę i przyjdzie do matki dziewczynki, aby wypracowanie zmienić, ale lekcja codziennego fałszu wbija się głęboko.
Nie dziwię się, że na zeszłorocznym festiwalu Era Nowe Horyzonty publiczność uznała "Nagrodę" za najlepszy film w konkursie głównym - to kino w pewnym sensie klasyczne, dalekie od ryzykownych eksperymentów, a jednocześnie w swoim wizualnym języku intensywne, hipnotyczne, bezpretensjonalnie szczere. Kino, w którym nie historia jest najważniejsza, ale spojrzenie dziecka, które dorastanie w szalonych czasach potrzebuje po latach zmienić w prywatny mit.