Ten rewelacyjny film jest nieco nostalgicznym hołdem złożonym "staremu kinu". Nakręcony na czarno-białej taśmie, pozbawiony dialogów (od czasu do czasu pojawiają się tylko tabliczki z napisami) i efektów dźwiękowych, a za to z niemal niemilknącą muzyką - jest czymś więcej niż stylizacją. Jest prawdziwym niemym kinem. I gdyby nie obecność rozpoznawalnych aktorów (i trochę zbyt współczesny gest "fucka", jaki się w nim pojawia), mógłby uchodzić za "dzieło z epoki" leżące przez dziesiątki lat w jakimś filmowym archiwum, a teraz przypadkiem odnalezione.
Jest to nie tylko kwestia wirtuozerskiej techniki reżysera i niezwykłej skrupulatności, z jaką odtworzył język tego zapomnianego i traktowanego dziś nieco protekcjonalnie gatunku. Udało mu się coś więcej: przywrócić jego magię, coś nieuchwytnego i jednocześnie czarownego, co w miarę rozwoju technik filmowych coraz trudniej jest osiągnąć.
Nie była to jedyna przewaga, jaką kino nieme miało nad dźwiękowym. Język jego obrazów był szalenie uniwersalny. Uniwersalizm kino zaczęło stopniowo tracić w momencie pojawienia się języka, a właściwie języków mówionych. Dobrym do tego przyczynkiem jest zresztą obecny los "Artysty". Film kandyduje do Oscara i w powszechnej opinii uważany jest za wytwór kinematografii amerykańskiej. Tymczasem jest to film francuski. Ale co najważniejsze, nie ma to żadnego znaczenia.
Uniwersalny jest również temat: "Artysta" jest bowiem przede wszystkim - choć nie tylko! - melodramatem, filmem miłosnym. I to takim, który opowiada, jak losy jego bohaterów przecinają się i oddalają, by ponownie skrzyżować już w zupełnie innych okolicznościach. Są więc krótkie "zejścia" i długie przerwy. Jedynym, co nie znika, jest uczucie.
Jest rok 1927. Główny bohater filmu George Valentin (brzmienie nazwiska nieprzypadkowe, choć bliżej mu chyba do Douglasa Fairbanksa), fantastycznie zagrany tu przez Dujardina, jest wielką gwiazdą kina niemego, idolem tłumów nieodstępowanym przez wielbicieli. Podczas kręcenia kolejnego filmu spotyka swoją fankę, tancerkę i początkującą aktoreczkę Peppy (Bejo) i pomaga jej się do niego "wkręcić". Nic poważnego jednak z tego nie wynika: Valentin jest żonaty, no i nie grają w tej samej lidze.
Ale czasy się zmieniają. Pojawia się film dźwiękowy, a Valentin nie przyjmuje tego do wiadomości: gra w kinie niemym i nie będzie się zniżał do występowania z czymś, co według niego, nie jest już sztuką. W efekcie jego gwiazda stopniowo gaśnie, zaś z kolei jego młodziutka protegowana Peppy robi zawrotną karierę...
Miłość miłością, ale "Artysta" mówi przede wszystkim o wierności - także zresztą o wiernej miłości. Wierny jest piesek Valentina, wierny jest jego szofer i, dziś powiedzielibyśmy, asystent (Cromwell). Przede wszystkim jednak wierny samemu sobie jest dumny i trwający w swoim uporze Valentin. Jego postawa - choć na pozór irracjonalna i wynikająca zapewne ze złożonych pobudek - budzi sympatię: Valentin jest człowiekiem, który nie chce iść z duchem czasu.
Gdyż przy całym swoim staroświeckim sztafażu "Artysta" jest filmem szalenie współczesnym. Czy my wszyscy nie przeżywamy dziś zasadniczej zmiany kulturowej, znacznie głębszej niż przedstawiona w filmie techniczna rewolucja? I czy wszyscy tak bardzo chcemy iść za wskazaniami współczesności? Każdy, kto nie ma na to ochoty, opiera się i nie identyfikuje z kierunkiem, jaki obrała dziś cywilizacja, poczuje się w "Artyście" jak w domu.
Współcześnie dużo bardziej "od zewnątrz" niż w epoce kina niemego poprowadzona jest również fabuła. Także aktorzy - świetni! - nie grają z typową dla tamtego czasu rażącą nadekspresją, która wobec braku dialogu była wtedy koniecznością (wszystko musieli wyrażać twarzą), a która dzisiaj by śmieszyła. Trzymają się konwencji, są jednak odrobinkę bardziej stonowani. Hazanavicious w ogóle nie trzyma się niewolniczo reguł gatunku, ale nagina je tak delikatnie, że właściwie niezauważalnie. I choć nie pozwala sobie na niszczącą emocję ironię, jego film zrobiony jest z bardzo cienkim i dyskretnym poczuciem humoru. Nie jest to oczywiście kino dla wszystkich, ale dla smakoszy będzie prawdziwą ucztą.