Film zrealizowany po długim milczeniu George'a Lucasa, będący prequelem klasycznej już dziś trylogii, w chwili premiery (13 lat temu) wywołał falę krytyki. Najwięksi miłośnicy serii narzekali na to, że błyskotliwą nonszalancję wcześniejszych filmów diabli wzięli, że Liam Neeson i Ewan McGregor nie są w stanie godnie zastąpić Harrisona Forda czy Aleca Guinnessa, a popis przytłaczających opowieść efektów specjalnych nawet dla wielbicieli tego rodzaju filmowych "zabawek" bywa irytujący.
Lucas jednak - reżyser i, bądźmy uczciwi, w kinowym (i okołokinowym) świecie pierwszorzędny biznesmen - postanowił zarobić jeszcze raz: "Mroczne widmo" wchodzi właśnie do kin w wersji 3D. Czy dlatego, że technicznie łatwiej było przerobić w tym wypadku wizualne fajerwerki na trójwymiarowe, czy może dlatego, że tę część wypromować będzie po latach najtrudniej, więc musiała pójść na pierwszy ogień? Zgodnie z uporczywie powtarzaną reklamą "nawet jeśli widziałeś ten film kilka razy, teraz dopiero zobaczysz go naprawdę", nie ośmielę się oceniać "Mrocznego widma 3D" tylko na podstawie tego, jak wypadła wersja 2D. Bo może - w filmowym świecie nie sposób nie wierzyć w cuda - okaże się, że błahe kino po czarodziejskim dotknięciu techników stanie się arcydziełem?