Spadkobiercy *****

Paweł Mossakowski
2012-02-17, ostatnia aktualizacja 2012-02-16 14:01
Spadkobiercy: George Clooney i Shailene Woodley
Spadkobiercy: George Clooney i Shailene Woodley
Fot. materiały promocyjne

USA 2011 (The Descendants). Reż. Alexander Payne. Aktorzy: George Clooney, Shailene Woodley, Amara Miller, Matthew Lillard, Nick Krause, Robert Forster

Spadkobiercy
Spadkobiercy
Spadkobiercy
Spadkobiercy
Spadkobiercy
Spadkobiercy
Spadkobiercy
Spadkobiercy
Filmy
Zacznę od wyznania, że bardzo lubię filmy Alexandra Payne'a. Jest to reżyser osobny, łatwo rozpoznawalny w masie hollywoodzkich wyrobników. Człowiek serio, ale z poczuciem humoru, który już dawno odkrył, że żaden gatunek filmowy nie oddaje lepiej natury ludzkiego życia niż tragikomedia. Payne zdaje sobie też sprawę, że istota ludzka jest głęboko ułomna i niedoskonała, jednak nie oburza się z tego powodu ani nikogo nie oskarża, ale próbuje zrozumieć i dać szansę. W związku z tym mało kto umie tak znakomicie jak on sportretować bezradnych, zagubionych, ale starających się znaleźć jakąś drogę wyjścia facetów w średnim - albo i nawet starszym - wieku (patrz "Bezdroża", "Schmidt", "Wybory"). Bohater nakręconych po siedmioletniej przerwie "Spadkobierców" pod tym względem jest podobny do swoich poprzedników, ale sam film - nadal pozostając utworem dużej klasy - odrobinkę jednak rozczarowuje.



Matt (świetny, znacznie lepszy niż w niedawnych "Idach marcowych" Clooney) jest zapracowanym prawnikiem, który ma właśnie spieniężyć odziedziczony po przodkach spory kawał dziewiczej ziemi na Hawajach, gdzie rozgrywa się akcja filmu. Matt waha się, liczni kuzyni napierają (parcela warta jest fortunę), gdy oto następuje wydarzenie odsuwające sprawę transakcji na dalszy plan: żona Matta wskutek nieszczęśliwego wypadku na motorówce ląduje w szpitalu, gdzie leży pogrążona w śpiączce bez szans na wybudzenie. W tej sytuacji Matt musi przejąć opiekę nad dwiema córkami - 10-letnią krnąbrną Scottie (Miller) i 17-letnią mocno zbuntowaną Alexandrą (bardzo dobra Woodley) - którymi wcześniej się nie zajmował, będąc zajęty pracą, zarabianiem pieniędzy itd. Na dodatek dowiaduje się, że jego umierająca żona zdradzała go z miejscowym pośrednikiem w handlu nieruchomościami Brianem (Lillard)...

Jak często więc u Payne'a wiele jest tu wątków, skomplikowanych etycznie dylematów i zmieszanych, kontradyktoryjnych emocji. Matt cierpi z powodu śmierci żony, a jednocześnie czuje się wściekły i upokorzony. I to do tego stopnia, że postanawia odnaleźć mężczyznę, który zrobił go rogaczem. Dla mnie w tych okolicznościach nie byłaby to akurat najważniejsza potrzeba, no, ale Amerykanie mają widocznie inne priorytety. Jego motywacja nie jest tak prymitywna, jak się na pierwszy rzut oka wydaje - nie kieruje nim wyłącznie ciekawość czy pragnienie zemsty.

Podjęta przez niego amatorska akcja detektywistyczna jest nieco groteskowa, lekko go ośmieszająca: rozumiemy ból zdradzonego mężczyzny, no, ale w końcu ma jednak ważniejszą sprawę na głowie i drugie, istotniejsze źródło cierpienia w zapasie. W rezultacie dostajemy "paynowską" mieszankę firmową: przejmujący smutek przemieszany jest z humorem o cierpkim smaku i czarnym zabarwieniu. W "Bezdrożach" był to jednak splot nierozerwalny. Tu jest luźniejszy i trochę jakby nieorganiczny - dostajemy jedną scenę "do śmiechu", a następną "do płaczu". Trzeba jednak przyznać, że reżyser trzyma umiar i znakomicie kontroluje tonację - nie popada ani w konwencję opery mydlanej, ani w farsę.

Nie ma tu również czarno-białego rysunku postaci. Chłopak Alexandry, Sid (Krause), wydaje się z początku tępakiem wręcz niewiarygodnym, potem jednak ujawnia wrażliwość, o jaką byśmy go nie podejrzewali. Teść Matta (Forster) jest zgryźliwcem i cholerykiem irracjonalnie oskarżającym zięcia o śmierć swojej córki, ale krótka scena pożegnania z nią jest poruszająca, bodaj najbardziej w filmie. Nawet wszeteczny Brian wzbudza ambiwalentne uczucia (wyłączywszy oczywiste zdumienie, że normalna kobieta mogła woleć towarzysza przygód Scooby-Doo od George'a Clooneya). Wszyscy - włącznie z samym Mattem - są niejednoznaczni, omylni, ludzcy. I wszyscy też są tu bardzo dobrze zagrani.

Liczne wątki filmu są na końcu zręcznie rozwiązane, choć może nie w aż tak zaskakujący sposób, jak to planował reżyser. Akcji towarzyszy też bardzo interesująca tradycyjna muzyka hawajska, malownicza sceneria zaś dostarcza ostrego kontrapunktu do rozgrywających się w niej wydarzeń. W tym raju na ziemi ludzie też potrafią cierpieć.