Był ktoś, a właściwie wcale nie istniał, prowadził normalne życie, a w istocie tylko udawał. Do samego końca, czyli do momentu popełnienia samobójstwa. Może wszyscy jesteśmy tylko własnymi wyobrażeniami, istniejącymi na granicy rzeczywistości i zwidu fantomami? - pyta reżyser, który wiele zapowiada, ale zapowiedzi, niestety, nie spełnia.
"To niemożliwe" - powtarza mechanicznie Martha (w tej roli Sandra Hüller nagrodzona kilka lat temu Srebrnym Niedźwiedziem za rolę "opętanej" w "Requiem"), gdy policjantki informują, że mąż zabił się w stojącym na parkingu samochodzie, gdy promotor jego pracy doktorskiej twierdzi, że nigdy takiego studenta nie miał i gdy okazuje się, że fikcją był wyjazd Paula na stypendium i codzienne wychodzenie do pracy. Brak męża szybko jednak sobie zrekompensuje - nie tylko zacznie się spotykać z nowym partnerem, ale też ułoży sobie razem z nim wymyśloną, bajkowo-rodzinną historię ich wspólnego życia. Aż w końcu naprawdę w nią uwierzy.
Fabularny debiut Jana Schomburga, który kształcił się m.in. w warszawskiej szkole Andrzeja Wajdy, był kapitalną szansą na metaforyczny portret współczesnych związków: pozornie wyzwolonych, a tak naprawdę podporządkowanych społecznym konwenansom, niby nowoczesnych, a zawieranych w imię XIX-wiecznej zasady, że nie ma nic bardziej kompromitującego niż samotność (czy też "bycie singlem"). Nie przypadkiem przecież Martha i Paul wiedzą o sobie tak mało, nie przypadkiem jej nowy partner pozostanie "nieznajomy" i jedynie odgrywać będzie rolę ukochanego męża.
A jednak mechanicznie brzmi tu metafora łączących się w pary "obcych" ludzi, sztucznie wymuszona staje się potrzeba "bycia z kimś", zgodnie z którą w miejsce męża można wstawić byle kogo. "Ponad nami tylko niebo" pozostaje filmem konceptem - ciekawym w punkcie wyjścia, ale źle rozpisanym dramaturgicznie, papierowym, irytująco bezbarwnym. Zmarnowana szansa.