Był to mój zdecydowany faworyt ubiegłorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego, ale nie został należycie doceniony przez jego publiczność. Szczęśliwie zauważyła go potem Europejska Akademia Filmowa, honorując tytułem najlepszego filmu roku. Mam nadzieję, że nie tylko za politycznie gorący temat - niełatwe współżycie islamu i zachodniej Europy. Jego reżyser (z pochodzenia Turek, ale urodzony już w Niemczech) odkrywa wprawdzie dotychczasową terra incognita, czyli Turcję w Niemczech, ale na tym czysto geograficznym odkryciu nie poprzestaje. Opowiada, w ukochanym przeze mnie subtelno-brutalnym stylu, o życiu na styku dwóch skrajnie odmiennych kultur, społecznym nieprzystosowaniu, żywiole autodestrukcji i wyzwalającej sile miłości.
Bohaterem filmu jest 40-letni Cahit (rewelacyjny Unel), turecki emigrant zamieszkujący ponurą norę w Hamburgu, cierpiący po utracie swojej niemieckiej żony, pracujący dorywczo w miejscowym klubie muzycznym jako sprzątacz, przeznaczający wszystkie zarobione pieniądze na alkohol bądź narkotyki. Słucha na okrągło muzyki punkowej i sam też czuje się jak śmieć. Pewnego wieczoru, mając już dość swojego nędznego żywota, próbuje popełnić samobójstwo, uderzając rozpędzonym samochodem w ścianę budynku. Nawet jednak samobójstwo mu się nie udaje i zamiast w grobie ląduje w klinice psychiatrycznej, gdzie poznaje 20-letnią Sibel (Kekilli), również niedoszłą samobójczynię, turecką dziewczynę mającą dość życia w ultrakonserwatywnej obyczajowo, pielęgnującej tradycyjne muzułmańskie wartości rodzinie. Sibel z miejsca proponuje mu małżeństwo - nie z miłości od pierwszego wejrzenia, oczywiście, ale by wyrwać się spod surowej kurateli. Cahit początkowo odmawia, później opornie godzi się na tę nietypową (typu "mariage blanche") propozycję...
Dużo już powiedziałem, a przecież to dopiero początek tej skomplikowanej opowieści, w której jest dużo ostrego seksu, tłamszonej zazdrości i długo (zbyt długo?) uświadamianej sobie miłości. Mamy w niej do czynienia z parą wygnańców, z ludźmi, którzy nie znajdują dla siebie miejsca na ziemi: Niemcy są toksyczne, ale Turcja z kolei nieznana już i niezrozumiała. Sibel dla surowych wzorców kultury muzułmańskiej widzi tylko jedną alternatywę - obyczajową rozwiązłość i zachłanny hedonizm, Cahit jest agresywnym, wściekłym na cały świat facetem, którego przy życiu trzyma tylko piwo i rockowa muzyka. Zdarzą się między nimi momenty humorystyczne ("moje skromne tureckie wesele"), a cała historia będzie po brechtowsku dystansowana w stosunku do widza regularnymi występami sześcioosobowego chóru wyśpiewującego tęskne pieśni na brzegu Bosforu. Czy odnajdą się w tym chaosie?