Tsotsi ****

Paweł Mossakowski
2006-05-26, ostatnia aktualizacja 2006-05-25 17:35
Kadr z filmu ''Tsotsi''
Kadr z filmu ''Tsotsi''

RPA-Wielka Brytania 2005. Reż. Gavin Hood. Aktorzy: Presley Chweneyagae, Terry Pheto

Filmy
Tytułowym "Tsotsi" (w miejscowym slangu - chuligan, dresiarz) jest 19-letni przywódca młodzieżowego gangu z przedmieść Johannesburga, bezwzględny w swoich poczynaniach i ukazany początkowo jako człowiek pozbawiony ludzkich uczuć. Ale oto pewnego deszczowego wieczoru "Tsotsi" (Chweneyagae) kradnie luksusowy samochód (postrzeliwszy uprzednio jego właścicielkę), a na jego tylnym siedzeniu znajduje śpiące niemowlę. Po chwili wahania zabiera niemowlaka do swojej budy w slamsach Soweto i zaczyna się nim równie czule, co nieumiejętnie opiekować...

Jest to niewątpliwie dobre, niemal wolne od łatwego sentymentalizmu kino, ale mnie jakoś specjalnie nie poruszyło. Po pierwsze, zbyt wielu widzę na ulicach swojego miasta odzianych w dresy osobników różniących się od "Tsotsiego" jedynie kolorem skóry, abym mógł wykrzesać z siebie sympatię do tego rodzaju filmowego bohatera. Po drugie, za dużo już chyba oglądałem filmów, których bohater ("zły człowiek") ulegał cudownej przemianie moralnej pod wpływem kontaktu z bezbronnym i bezradnym dzieckiem, uczył się odpowiedzialności, jego kamienne serce miękło itd.

Na szczęście reżyser (tak, to ten sam, który nakręcił "W pustyni i w puszczy") nie przesadza w jego moralnej rehabilitacji ("Tsotsi" nie tyle staje się automatycznie "dobrym człowiekiem", co okresowo zaprzestaje czynienia zła) i nie zapomina, że wciąż żyją (i rozpaczają) rodzice pielęgnowanego przezeń oseska. Najostrzejszym skrótem moralnej ambiwalencji filmu jest scena, w której "Tsotsi" zmusza pod groźbą użycia pistoletu mieszkającą w sąsiedztwie młodą matkę (Pheto) do nakarmienia piersią swojego małego podopiecznego. Z drugiej strony, gdy Hood tłumaczy (w serii retrospekcji z dzieciństwa), dlaczego jego bohater stał się brutalnym przestępcą, popada już w najbardziej oklepane schematy.

"Tsotsi" otrzymał w tym roku Oscara za najlepszy film zagraniczny, czemu się nie dziwię, gdyż Akademia uwielbia opowieści, w których z dzikiej bestii robi się czująca ludzka istota i które mogłyby spokojnie rozegrać się w wielkomiejskim getcie Los Angeles, a mają nieco inny kolor i smak. Ale od nominowanego w 2004 r. "Miasta Boga" (z którym podobieństwa są zresztą wyolbrzymiane) dzieli go bardzo dużo, nie tylko w sensie geograficznym.