Fabuła "Death Proof" jest tak zabójczo prosta, że właściwie cokolwiek powiem, to i tak za dużo powiem. W największym skrócie mówiąc, jest to opowieść o byłym filmowym kaskaderze Mike'u (życiowa rola Russella), który używa swojego samochodu o wzmocnionej karoserii jako śmiercionośnej broni: żadne auto nie ma prawa wytrzymać - ani jego pasażerowie przeżyć - zderzenia z takim rozpędzonym monstrum. Mike ze szczególnym upodobaniem poluje na samochody z młodymi, atrakcyjnymi kobietami... aż w końcu trafi kosa na kamień.
Trzeba od razu powiedzieć, że samochodowy thriller Tarantino to mniej niż połowa jego wspólnego przedsięwzięcia z Robertem Rodriguezem, na który oprócz pastiszu filmów zombi ("Planet terror") tego ostatniego składały się jeszcze zwiastuny kilku nieistniejących horrorów. Całość została wymyślona jako swoisty hołd dla grindhouse'ów - tanich kin, popularnych zwłaszcza w latach 60. i 70., w których w ramach jednego seansu oglądało się dwa tytuły, a repertuar stanowiły niskobudżetowe produkcje pełne seksu i przemocy. W Stanach "grindhouse" ogląda się jednym, ponadtrzygodzinnym ciągiem, taśma jest (komputerowo) porysowana, obraz miejscami nieostry, pojawiają się napisy: "brak rolki" itd. - wszystko po to, aby stworzyć złudzenie przebywania w szemranym przybytku X Muzy, a nie elegancko plastikowym multipleksie. W wersji eksportowej - a więc tej, która właśnie dociera do Polski - każdy z filmów pokazywany jest oddzielnie i musi się samodzielnie, bez całej tej oprawy, bronić. Czy "Death Proof" się broni? Jak najbardziej, choć nie jest to takie wielkie halo, jak twierdzono po festiwalu w Cannes, gdzie film miał swoją światową premierę.
Nie od dziś wiadomo, że Tarantino kocha kino hurtowo, nie tylko dobre, ale i złe filmy - a może zwłaszcza złe filmy. Jednak ze swojego dziecięco-młodzieńczego zauroczenia filmami grindhouse'owymi, których był wiernym widzem, potrafi wiele na starość wyciągnąć. Niezależnie od tego, czy kieruje nim dwuznaczna nostalgia, czy też chce się od dawnej fascynacji uwolnić: udaje mu się przerobić tę kupę śmieci na coś, co całkiem przypomina sztukę - prymitywną, ale jednak sztukę.
Piękne dziewczyny i szybkie samochody często pojawiały się w kinie grindhouse'owym, ale czy tylko takim? Czy znaczna część kinematografii amerykańskiej - ba! amerykańskiej kultury - nie jest napędzona mieszanką benzyny i testosteronu? Tarantino wypreparował te dwa elementy z całej masy filmów (różnej zresztą jakości, gdyż widzimy tu ślady np. "Znikającego punktu"), ustawił naprzeciw siebie, na kolizyjnym kursie - i stworzył syntezę całkiem nowej jakości. Można mu zarzucać zły gust, ale nie można braku genialnej, trafiającej zawsze w jakieś sedno, intuicji.
Bardzo dobrym pomysłem, dzięki któremu ten prosty thriller zyskuje dodatkowe interpretacyjne piętro, było też uczynienie jego głównych antagonistów ludźmi zawodowo związanych z filmem. Mike jest zgorzkniałym weteranem starego kina, a grupa kobiet, która postanawia mu się przeciwstawić, to też profesjonalistki z branży (kaskaderki, charakteryzatorki itd.), z Nowozelandką Zoe Bell na czele, która była dublerką Umy Thurman w "Kill Bill-u" i która tutaj gra właściwie samą siebie. Końcowy "pojedynek na szosie" między psychopatycznym Mikiem a ekipą Zoe - zrealizowany zupełnie bez pomocy komputera! - jest prawdziwym majstersztykiem, bodaj jednym z najbardziej emocjonujących pościgów samochodowych, jakie oglądałem. Jednak nie o samą atrakcję tu chodzi: to także wypowiedź o współczesnym i mniej współczesnym kinie.
Ale żeby nie robić z Tarantino wielkiego filozofa kultury i filmu nie przechwalić, wspomnijmy o słabościach. "Death Proof" rozpędza się niemiłosiernie wolno i cała pierwsza część prosi się o skróty. Oprócz raptownych wybuchów - bardzo krwawej - uprzedzam! - akcji, mamy też mnóstwo słynnych tarantinowskich pogawędek i trzeba, niestety, powiedzieć, że są to dialogi bardzo nierówne. Tak jakby Tarantino zatracił samokrytycyzm i zaczął sobie folgować: wciąż zdarzają mu się perełki, ale często - zwłaszcza na początku - jest to po prostu nudne ględzenie. I to by było na tyle.