Niewiarygodne nudziarstwo. Pierwszy od siedmiu lat film Redforda składa się dwóch długich i jałowych rozmów oraz jednej akcji militarnej służącej jako ilustracja owych ekranowych konwersacji. Znana i doświadczona dziennikarka (Streep przeprowadza wywiad z ambitnym republikańskim senatorem (Cruise) na temat nowej, bardziej ofensywnej strategii wojskowej w Afganistanie; nieco zmęczony życiem wykładowca uniwersytecki (sam Redford) dyskutuje ze swoim zdolnym, ale olewackim studentem (Garfield) na temat konieczności "zaangażowania"; dwaj amerykańscy żołnierze (Murzyn i Latynos), byli studenci profesora Redforda, wysłani w ramach "nowej strategii" na wojnę, tkwią na górskim pustkowiu w Afganistanie, czekając na ratunek.
Dwa pierwsze wątki trudno nawet nazwać filmowymi - to rozwlekłe teatralne jednoaktówki z ustawioną w pokoju kamerą; trzeciemu filmowości odmówić nie można, ale występujące w nim postacie nie są żywymi ludźmi, lecz ucieleśnieniem tez. Redford i jego scenarzysta lepiej by zrobili, gdyby opublikowali sobie dwa publicystyczne artykuły - jeden stricte polityczny "Za i przeciw wojnie", drugi bardziej filozofujący "O pożytkach i pułapkach zaangażowania" bądź "Przeciw apatii" - zamiast wyrzucać 35 mln dolarów na takie kaznodziejskie ględzenie (morały są zresztą niespójne). Obaj wyobrażają sobie zapewne, że dialogi, z których składa się film, są niezwykle błyskotliwe i iskrzące się mądrościami; w rzeczywistości są wymianą pustych sloganów, przypominającą partyjkę ping-ponga w domu starców. Parafrazując Churchilla: dawno nie powiedziano tak mało przy użyciu tak wielu słów.