Nawet Bollywood idzie z obyczajowym postępem: małżeństwo i rodzina, owszem, to wciąż wartość wyjątkowa, ale pojawiają się na idealnym obrazku rysy. Nie dlatego bynajmniej, że zdarzają się małżeńskie pomyłki, a ludzie są słabi, ale dlatego, że - jak mówi tu znawca życia tuż przed przejściem na inny świat - "miłość i śmierć przychodzą nieproszone".
Ta niemałżeńska miłość między piłkarzem Devem (jak zawsze drewniany gwiazdor Shahrukh Khan) i miłośniczką sprzątania Mayą (Mukherjee) zaczyna się zresztą w momencie, gdy Maya jest tuż przed swoim ślubem. To Dev radzi jej, by wbrew wątpliwościom wyszła za mąż, bo jeśli będzie wierzyć w uczucie z książek, skończy jako stara panna. Tyle że ani małżeństwo Mai, ani kontuzjowanego Deva, którego żonę wsysa kariera w mediach, do udanych nie należy. Spotkają się więc znowu, wieść będą przez jakiś czas podwójne życie, aż w końcu postanowią z workiem pokutnym na głowie wrócić do swoich małżonków.
Twierdzenie, że "Nigdy nie mów żegnaj" (zrealizowany przez Karana Johana, twórcę "Czasem słońce, czasem deszcz", w dodatku niemal z tymi samymi aktorami) to przełom w bollywoodzkim podejściu do rodziny, jest oczywiście przesadą. Nawet ojciec Rishiego, zwany "sexy Samem", niby uwielbia przyjemności wykupione u luksusowych prostytutek, ale w gruncie rzeczy kocha swoją żonę, która - co za przypadek - nie żyje. Kochankowie owszem, postawią na swoim, choć to raczej ich zdradzani małżonkowie (ze wskazaniem na żonę) tą decyzją pokierują. Nie przypadkiem też to właśnie Dev ma syna (zawsze wychowywać go może matka), a Maya jest bezpłodna - nowe życie "kobiety po przejściach" i "mężczyzny z odzysku" to bułka z masłem, jeśli układa je bollywoodzki scenarzysta.
Trzeba jednak przyznać, że mimo psychologicznego banału ociekającego kiczowatym pięknem obrazu, tradycyjnych teledyskowych fragmentów i pseudopoetyckich mądrości "Nigdy nie mów żegnaj" nie usypia aż tak bardzo jak większość podobnych bajek z Indii. Gdyby tylko nie trwał ponad trzy godziny!