Sweeney Todd (Depp) nie zawsze był demonicznym golibrodą z Fleed Street w XIX-wiecznym Londynie. Kiedyś nazywał się Benjamin Barker, miał śliczną żonę i słodką córeczkę, aż przyszedł zły sędzia (Rickman), zabrał mu je obydwie, a biednego fryzjera zesłał na podstawie sfabrykowanego oskarżenia do Australii. Teraz, po 15 latach, Benjamin wraca do Londynu, dowiaduje się, że żona zażyła truciznę, a podrośnięta córeczka wciąż znajduje się pod opieką sędziego łajdaka. Cóż robi? Nie próbuje wyrwać dziecka z łap starego świntucha, ale mści się za swój zły los na całym ludzkim gatunku: podrzyna gardła swoim przypadkowym klientom, a następnie strąca ciała do piwnicy, gdzie jego przyjaciółka, właścicielka jadłodajni (Bonham Carter), przerabia je na mięsne potrawy i serwuje w swoim lokalu.
Ekranizacja głośnego broadwayowskiego musicalu (zdecydowana większość tekstu jest śpiewana - cienkimi raczej głosami) zaczyna się bardzo obiecująco, ale szybko zamienia się w nudną makabreskę. "Gotycka" wyobraźnia Burtona i jego skłonność do groteski wciąż są tu obecne, ale "Sweeney" to bardziej stylistyczny popis niż żywa, wciągająca historia. Świat wykreowany m.in. przez operatora Dariusza Wolskiego ma swoją magię i wizualną siłę, ale opowieść ani nie jest to szczególnie przerażająca - mimo że krew tryska gejzerami, a oprócz szlachtowania oraz kanibalizmu mamy tu jeszcze palenie żywcem, ani zabawna - mimo obecności (krótkiej, niestety) Sashy Cohena, ani przejmująca - mimo że skrojona jest na tragedię. Wizja świata, w którym sprawiedliwość została zastąpiona przez arbitralną władzę z jednej, i dziką chęć odwetu z drugiej strony, bardzo mi w swoim nie-hollywoodzkim pesymizmie odpowiada, ale sposobów jej wyrażenia już nie kupuję. Choć powiem szczerze, że jako człowiek nielubiący ani musicali, ani horrorów (a "Sweeney" jest i jednym, i drugim) nie jestem tu bezstronnym sędzią.