Metropolis *****

PAWEŁ T. FELIS
2008-04-04, ostatnia aktualizacja 2008-04-04 23:32

Niemcy 1926. Reż. Fritz Lang. Aktorzy: Brigitte Helm, Gustav Frohlich, Alfred Abel, Rudolf Klein-Rogge

ZOBACZ WIDEO
Filmy
Zrealizowane w 1926 roku widowisko miało przyćmić wszystko, co do tej pory zrealizowano - blisko rok zdjęć, 30 tysięcy statystów, 620 kilometry taśmy filmowej, a wreszcie trzyipółgodzinny film (z którego ponad jedna czwarta zaginęła), który przeszedł do historii kina jako jedna z najbardziej imponujących, futurystycznych przypowieści.



Jej pomysł przyszedł do głowy Fritzowi Langowi, gdy po raz pierwszy przypłynął do Stanów i ze statku zobaczył Manhattan. Pełna rozmachu wizja miasta-molochu daleka była jednak od optymizmu - zgodnie ze scenariuszem Thei von Harbou, żony reżysera, miasto w roku 2000 to tak naprawdę dwa odrębne światy. Ci, którzy mają władzę i pieniądze (ale też często szczęście) żyją na powierzchni z pracy innych, bawią się w dzielnicach hazardu i rozkoszy, chodzą do teatrów. Pod ziemią miasto napędzają jednak wielkie maszyny, które obsługują setki tysięcy robotników-niewolników. Wszyscy oni czekają na pojawienie się Rozjemcy, który niczym Mesjasz zburzy fałszywe podziały i uczyni świat sprawiedliwym. O ile "górą" rządzi Joh Fredersen (Abel), o tyle "na dole" rolę przewodnika namawiającego do pokoju pełni Maria (Helm). W niej zakochuje się - od pierwszego wejrzenia oczywiście - wrażliwy syn Fredersena Freder (Frohlich), ale swoją intrygę knuje też ojciec. Porywa Marię i skonstruowanemu właśnie robotowi daje jej twarz, by "ludzka maszyna" sprowokowała tłumy niewolników do buntu, który potem Fredersen senior chce krwawo stłumić.

Jak ogląda się dziś "Metropolis"? Naiwny i groteskowy wydaje się tu romans Fredera i Marii, denerwować może zbytnia skłonność Fritza Langa do patosu, zupełnie nieprzekonujący jest też finał, w którym uzasadnia się powtarzane przez Marię motto filmu: "Rozjemcą między rozumem a siłą musi być serce!". A jednak "Metropolis" pozostaje widowiskiem fascynującym. Trudno nie docenić, z jaką precyzją (i plastyczno-baletową wrażliwością) konstruuje Lang sceny masowe, jak pomysłowy bywa wizualnie (proces "tworzenia" robota, którym ponoć inspirował się George Lucas), jak umiejętnie potrafi czerpać zarówno z ekspresjonizmu, jak i malarstwa (nawiązująca do Breughla wizja wieży Babel). Przede wszystkim jednak trudno nie myśleć o tym, na ile wizja Langa się spełniła - dzisiejsi alterglobaliści z pewnością zgodziliby się z reżyserem i udowadniali, że żyjemy w świecie podzielonym na stosunkowo niewielką grupę, która rządzi globalnymi finansami i masy, które pełnią rolę mimowolnych "niewolników".

Nie przypadkiem zresztą film, którym kiedyś zachwycił się Hitler (opacznie obraz interpretując), bywa dziś tak chętnie przypominamy (kilka lat temu do specjalnego pokazu podczas festiwalu w Cieszynie muzykę skomponował Abel Korzeniowski, który wpisał "Metropolis" m.in. w kontekst 11 września). Tym większe uznanie dla dystrybutora, który tą zaskakującą premierą po latach rozpoczyna w polskich kinach cykl powrotów do przedwojennych arcydzieł.