To paradoks, że ten głośny film z Marleną Dietrich tak rzadko pokazywany jest na dużym ekranie, a nawet w telewizji - tym bardziej więc cieszy, że klasyczny już tytuł ktoś postanowił odkurzyć i ponownie wprowadzić do kin. Dietrich gra tu gwiazdę miejscowego kabaretu - uwodzicielską "Lolę-Lolę", która co wieczór zwabia do klubu m.in. nieokrzesanych jeszcze uczniów gimnazjum. Poirytowany tym nauczyciel, prof. Immanuel Rath (Jannings) postanawia rozprawić się z siedliskiem moralnej zarazy, ale już przy pierwszym kontakcie z "Lolą-Lolą" traci fason. Przyjdzie do niej następnego dnia i kolejnego, aż w końcu poprosi ją o rękę, na co ona zareaguje histerycznym śmiechem.
Choć film ten ogląda się dla Dietrich, aktorsko to przede wszystkim popis Emila Janningsa. To on z surowego anglisty, który każe powtarzać uczniom do znudzenia przedimek "the" i odgrywa codzienne, mechaniczne rytuały (charakterystyczna chusteczka na początek lekcji) fascynująco zmienia się w zakładnika kobiecej, erotycznej siły: dla "Loli-Loli" rzuca przecież wszystko. Femme fatale z intelektualisty robi bowiem mężczyznę, z despoty niewolnika, z człowieka z autorytetem - kuglarza wykonującego słynny "koguci" numer. A "Lola-Lola"? Kusi - gdy niby przypadkiem odsłania swe wdzięki. Gra - bo przecież jest kobietą, a wszyscy mężczyźni tego właśnie teatru od niej oczekują. Wreszcie - do końca wolna - bawi się: grubego adoratora zamienić może w dostojnego człowieka nauki, a gdy ten się znudzi i stanie własną karykaturą, jego miejsce zajmie kochanek młodszy i bogatszy.
Chociaż Josef von Sternberg odważnie rozsypuje w filmie erotyczne ślady i aluzje, w "Błękitnym aniele" uderza dziś nie tyle seksualna siła Marleny Dietrich, co raczej obraz mitycznej kobiety widzianej oczami mężczyzny: zmysłowej, stojącej mocno na ziemi, zaskakująco silnej i gotowej rozsypać w proch męski porządek. Jest to przecież również film o "szkodliwych" i wiodących na manowce instynktach, o gejzerze namiętności, który uruchomić może jedna iskra. Czy była to - jak chcą niektórzy - symboliczna zapowiedź hitleryzmu czy może przypowieść o damsko-męskich relacjach, w których, zdaniem Sternberga, tak trudno o autentyczność?
Warto sprawdzić samemu - również po to, by posłuchać Marleny Dietrich śpiewającej "Ja jestem tylko po to, aby kochać mnie" czy Emil Jannings z jego niezapomnianym, "kogucim" okrzykiem rozpaczy w finale.