Tym, czym "Straszny film" był dla horrorów, "Superhero" ma być dla filmów-ekranizacji komiksów. Nie jest to dosłownie parodia (prawdziwa parodia obnaża słabości oryginału, wyłapuje absurdy tkwiące w jego narracji itd.), a raczej głupawe przedrzeźnianie "Batmana", "Fantastycznej czwórki", "X-menów" oraz kalekiego geniusza fizyki Stephena Hawkinga. Zwłaszcza zaś pierwszego "Spider-mana", z którego bierze żywcem całość fabuły. Oto Rick (Bell), nieśmiałek i niezdara, sierota wychowywany przez stetryczałe wujostwo (Nielsen i Ross), podczas szkolnej wycieczki do naukowego laboratorium zostaje ukąszony przez ważkę, dzięki czemu zyskuje właściwości, które pozwolą mu zmierzyć się z Bardzo Złym Człowiekiem, zdobyć serce koleżanki z klasy itd.
Film jest biegunką gagów, niemal bez wyjątku nieśmiesznych (albo śmiesznych dla 8-latka) i niesmacznych. Twórców szczególnie inspiruje ludzka fizjologia tak, że chwilami ma się wrażenie, że scenariusz pisany był w klozecie. Bardzo daleko jesteśmy od inteligentnego humoru "Czy leci z nami pilot?" - prekursora tego typu filmów - i nawet zgadywanie, który tytuł "Superhero" akurat małpuje, szybko staje się nużące.