Zgodnie ze starą komiksową tradycją jest to opowieść o przemianie safanduły w herosa. A oto szczegóły: safandułą, i to straszną, jest księgowy nazwiskiem Wesley Gibson (McAvoy). W pracy poniewiera nim szefowa, dziewczyna regularnie zdradza z najbliższym przyjacielem (?), okna jego mieszkania wychodzą na tor kolejowy, którym co chwila przejeżdża dudniący pociąg itd. I oto pewnego pięknego dnia, gdy głęboko sobą pogardzający Gibson wykupuje akurat kolejną porcję środków uspakajających, pojawia się piękna kobieta imieniem Fox (Jolie) i informuje go, że: a) jest potomkiem najwybitniejszego zabójcy z tajnego stowarzyszenia, które od średniowiecza utrzymuje porządek na Ziemi; b) tatuś, niestety, dnia poprzedniego został zastrzelony przez renegata; c) musi przejąć ojcowskie dziedzictwo tzn. samemu stać się wytrawnym "kilerem"...
Ta ekranizacja komiksu Marka Millara i J.G. Jonesa jest czymś pomiędzy "Podziemnym kręgiem" a "Matriksem": z pierwszego bierze wściekłość sfrustrowanego pracownika korporacji, z drugiego - dynamikę inscenizacji i pomysłowość efektów specjalnych. Co nie znaczy, że "Scigani" nie są filmem oryginalnym: rosyjski reżyser Bekmambetow ("Nocna straż") ma ciekawą, nieco makabryczną wyobraźnię, świetne wyczucie stylu i tarantinowską zręczność łączenia przemocy z czarnym humorem. Dla kina akcji, praktycznie obumierającego (Wachowscy drepczą w miejscu, Michael Bay tylko podkręca głośniki) jest to nabytek bardzo cenny.
Od strony realizacyjnej robota jest pierwszorzędna: błyskawicznego tempa akcji nie zakłócają spowolniane obrazy, a wizualne popisy (w rodzaju kul lecących po zakrzywionym torze) wspierane są perfekcyjnie opracowanym dźwiękiem. Sama historia jest generalnie sensowniejsza niż to bywa w tego rodzaju filmach, choć oczywiście nie obywa się bez nieuniknionego ględzenia o "długo czekającym przeznaczeniu", mętnej filozofii "profilaktycznego zabijania" itp., no i bezczelna fantastyczność niektórych rozwiązań doprowadzić może racjonalistę do szału. Rzecz jest też bardzo brutalna i krwawa (zwłaszcza okres przygotowawczy Gibsona to po prostu nurzanie się w przemocy), o moralności nie warto nawet wspominać (choć może, zważywszy, że film adresowany jest głównie do nastolatków, warto przy innej okazji porozmawiać), tym niemniej w swoim gatunku jest to spore osiągnięcie.