Jeśli niewinna i z natury słabsza istota podniesie rękę (a ściślej, jak dowiadujemy się na początku i końcu, wydalającą ekskrementy pupę) na osobnika z natury silniejszego, wyzutego z wrażliwości i przeżartego tępą agresją, spotka ją za to kara. To główny morał z przeszarżowanego, artystowskiego filmu Médema, który opowieść o tytułowej Annie (Vélles) zmienia w symboliczną zadumę nad losem kobiet.
Anna to bowiem nie tylko dziewczyna, która opuszcza bezpieczną jaskinię swojego ojca i dzięki hojnej miłośniczce sztuki (zadziwiająco bezbarwna Charlotte Rampling) przenosi się do niby-squatu młodych prawie artystów w Madrycie. Anna widzi i czuje więcej. A zwłaszcza więcej pamięta. Żyją w niej bowiem - jak przekonuje się dzięki serii hipnotycznych seansów - kobiety sprzed lat: wszystkie zranione przez mężczyzn, wszystkie przedwcześnie zmarłe. Czy to jej poprzednie wcielenia? Czy może bohaterka jest medium kontaktującym się z duchami?
Wszystko jedno, czy Anna przemawia jako arabska dziewczyna rzucona na pastwę dzikiego ptactwa, czy jako Francuzka wspinająca się na K2 z powodu miłosnego zawodu, pozostaje archetypem wykorzystywanej, obolałej i pozbawionej głosu kobiety. Tyle że zamiast drążyć symbolicznie potraktowaną kobiecość, Médema bardziej interesuje ego reżysera-mężczyzny. Wszystkie te podróże w czasie i przestrzeni (od saharyjskich pustyń po Nowy Jork), skoki w świat rzeczywisty i wyimaginowany okazują się jedynie napuszonym popisem konceptów i formalnej brawury. Chaos to mocno wykalkulowany, zimny, a przede wszystkim jałowy.