Niebo nad Paryżem ****

PAWEŁ T. FELIS
2008-08-29, ostatnia aktualizacja 2008-08-28 09:24

Francja 2008 (Paris). Reż. Cédric Klapisch. Aktorzy: Romain Duris, Juliette Binoche, François Cluzet, Fabrice Luchini.

W słynnym "Niebie nad Berlinem" Wim Wenders pokazywał anioły, które chcą stać się znowu ludźmi: dalekie od ideału, sztucznie podzielone miasto pozwalało doświadczać rzeczy, których w "niebiańskim" stanie (i miejscu) doświadczyć nie można. Cédric Klapisch zdecydowanie mocniej stąpa po ziemi. Wyłapuje zwyczajne sytuacje zwykłych ludzi, prozę życia, która czasem próbuje naiwnie "doskoczyć" do poezji (np. Baudelaire'a), a czasem do kiczu (pocztówki z wieżą Eiffla). Dystrybutora, który zbyt łatwo chciał nawiązać do Wendersa (film Klapischa w oryginalne to po prostu "Paris"), tłumaczyć można jednym: "Niebo nad Paryżem" mówi o życiu powszednim, ale jednocześnie życiu w cieniu śmierci.

Uświadamia sobie to zwłaszcza Pierre (stały aktor Klapischa Romain Duris), kiedy dowiaduje się, że jest poważnie chory. Ma 50. proc. szans, że konieczny przeszczep serca uratuje mu życie. "Dlaczego mówisz to dopiero teraz?!" - złości się z przyzwyczajenia jego siostra Elise (Binoche), ale szybko przeprowadza się do samotnego brata z trójką dzieci. Zamknięty w sobie Pierre podlewa rośliny, ogląda stare zdjęcia, ale też podpatruje ludzi z balkonu paryskiej kamienicy - jakby zaczynał rozumieć, że życie obok płynie nurtem, którego dotąd nie dostrzegał.

W "Niebie nad Paryżem" zaglądamy więc nie tylko na wieżę Eiffle'a i plac przed Sacré-Coeur, ale też do cukierni, w której przesadnie grzeczna właścicielka okazuje się irytującą zołzą, na targ, do opieki społecznej (tam pracuje Elise), a nawet do rzeźni i magazynu owoców ("nie wiedziałam, że takie miejsca istnieją - robię zakupy przez internet!"). Klapisch trochę kinowy obraz Paryża próbuje odbrązowić, ale wyraźnie się też do potocznych wyobrażeń odwołuje. Czasem zresztą wpada w banały, sięga po środki zbyt łatwe (jeśli bohater o czymś myśli lub coś wspomina, od razu widzimy to na ekranie) i nie ma, niestety, talentu Altmana - wielowątkowa, społeczna mozaika Paryża chwilami drażni sztucznością (wątek czarnoskórych emigrantów).

Dlaczego łatwo to jednak wybaczyć? Bo tak naprawdę nie Paryż jest tematem "Nieba...". Film Klapischa najlepszy jest wtedy - i okazuje się wówczas znakomity - gdy zamiast budować miejsko-ludzką panoramę, zatrzymuje się w miejscu. Jest coś niezwykłego w postaci starego profesora (Luchini), specjalisty od Paryża, którego romans ze studentką to coś więcej niż kryzys wieku średniego. Jest coś przeszywająco szczerego w poranionej przez mężczyzn Elise, która dzięki Juliette Binoche potrafi być piękna i "nieświeża" (jak mówi sprzedawca na targu), oschła i czuła, przyziemna i melancholijna (zupełnie jak w "Podróży czerwonego balonika").

Uroda "Nieba..." nie polega bowiem na plastikowym wdzięku osławionego miasta, ale na próbie przebicia się przez oglądany z okna Pierre'a codzienny nurt. Nurt, w którym dziesiątki anonimowych bohaterów pierwszego i drugiego planu - zawsze jakoś zawiedzionych, zawsze jakoś nieszczęśliwych - próbuje wiązać koniec z końcem, zawalczyć o chwilę szaleństwa, obronić swoją lub czyjąś - strasznie niemodne to słowo - godność. W Paryżu albo gdziekolwiek indziej.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna