Nowy film Krzysztofa Zanussiego reklamuje hasło: "śmiertelnie poważna komedia". Zgadza się w tym tylko jedno - rzecz jest o śmierci. Rzecz, dodać trzeba, przerażająco nieśmieszna z jednej strony i zadziwiająco lekko traktująca sprawy poważne z drugiej. Czarna komedia? Raczej telenowela, która topornie udaje kino "ambitne".
Nic dziwnego, że postaci są tu skrojone na modłę serialową. Stefan (Kudełko) to gołębie serce, wcielona niewinność, która płaci cenę za ludzkie odruchy (jako sprzedawca w supermarkecie pozwala starej kobiecie nie zapłacić paru złotych), coraz bardziej pogrąża się w nędzy i marzy tylko o jednym: chce się zabić. Konstanty (Stupka) to jego doskonałe przeciwieństwo - obrzydliwie bogaty cynik, który żyje w wielkim pałacu, wymierza sprawiedliwość (karą dla niejakiego Angela-homofoba będzie seks z męską prostytutką) i bawi się w Boga nawet wtedy, gdy okaże się, że ma poważnie chore serce. Jeden chce umrzeć, drugi potrzebuje "świeżego" umarlaka do przeszczepu - spotkać się więc muszą.
Reżyser dyryguje bohaterami jak pionkami - przesuwa je to w tę, to w inną stronę, w sposób oczywisty zmierzając do banalnego happy endu. Nie tylko same postaci, ale i kolejne ich ruchy okazują się przewidywalne do bólu - w matematycznie ułożonej fabule nie ma miejsca i na cień prawdziwego dramatu, i na humor. Jest za to miejsce na Dodę. Pojawia się tylko dwukrotnie - również na koniec, by metaforycznie podkreślić reżyserską tezę, że każdy w życiu może przejść przemianę. Jaka teza, taka metafora.