Jensen Ames (Stathman) ma za sobą karierę rajdowca, ale dziś haruje w bankrutującej właśnie hucie. "Jesteś dobrym człowiekiem" - mówi do niego żona, która chwilę później zostaje zamordowana. Morderca jednak zostawia mężczyznę przy życiu (z nożem w ręku i śladami krwi), jakby ktoś chciał go w zabójstwo wrobić. Po co?
W więzieniu (dla - jak słyszymy - "najgorszych z najgorszych") Ames przez chwilę się buntuje, ale szybko dostaje propozycję nie do odrzucenia. Może wyjść na wolność, jeśli wygra "wyścig śmierci" w masce legendarnego Frankensteina (pokiereszowany mistrz, który ponoć niedawno zmarł w szpitalu). Ames brnie więc cierpliwie w intrygę, która dla logicznie myślącego widza staje się oczywista dużo wcześniej.
Nie o zaskakujący finał tu jednak chodzi i oryginalną fabułę, ale o wyścigi, w których wolno wszystko, czego nie wolno. Ściele się więc trup, rozbijają się "szatańsko" skonstruowane samochody, tryska krew i bucha ogień, a podkręcaniu tempa służy głównie efekciarski montaż. Fani "Death Race 2000" produkowanego przez samego Rogera Cormana (ten i razem wymieniony został w czołówce) z 1975 roku porównywać będą oczywiście zaciekle, co dwa filmy łączy i co dzieli. Przy faktycznie prowokacyjnym oryginale film Andersona wypada jednak więcej niż blado. Że "Wyścig Śmierci" tonie w schematach (również w kontekście postaci - na czele z kobietami!) i "niegrzeczny" jest tylko na pozór, pisać nawet nie warto: obrona wartości rodzinnych musi zrekompensować wszystko.