Boisko bezdomnych ****

Paweł T. Felis
2008-10-10, ostatnia aktualizacja 2008-10-08 21:45

Polska 2008. Reż. Kasia Adamik. Aktorzy: Marcin Dorociński, Eryk Lubos, Marek Kalita, Jacek Poniedziałek, Maciej Nowak

To, że Kasia Adamik przez lata mieszkała w Stanach i tam zrealizowała swój pierwszy film "Szczek", w "Boisku bezdomnych" widać wyraźnie: to kino zrobione z amerykańskim rozmachem, mocno osadzone w typowych historiach o nieudacznikach, którym na przekór wszystkiemu się udaje. A jednak nie hollywoodzkie, ale polskie. Może europejskie?

Z pozoru wszystko tu składa się na klarowną baśń o ludziach z marginesu, którzy dźwigają się z dna. Jacek (świetny Marcin Dorociński) kiedyś miał szansę na błyskotliwą karierę piłkarza, ale dziś nie ma siły ani dłużej walczyć z żoną, ani tolerować - jako trener - przekrętów w sportowym biznesie. Tak trafia na Dworzec Centralny, gdzie podobnie nieprzystających do świata jest więcej - wśród nich były marynarz Indor (Lubos), Górnik (Topa), dawny ksiądz (Poniedziałek), a nawet lubiący dobrze zjeść filozof (w tej roli sam Maciej Nowak). Szybko rodzi się pomysł: zróbmy drużynę piłkarską bezdomnych. Jacek daje się przekonać, ale jako trener rozstawia podopiecznych po kątach: trzeba być trzeźwym, nie ma pracy na pół gwizdka, wszyscy grają nie na siebie, ale na drużynę. Pobożne życzenia?

Adamik chce swoim bohaterom poukładać losy lepiej, niż wielu bezdomnym "statystom", którzy z aktorami pracowali na planie: będą więc rozczarowania i porażki, ale będzie też zawsze szansa na jasny finał. Jeśli nawet zbyt proste wydaje się niekiedy pokonywanie kolejnych barier, jeśli zbyt ostro i jednoznacznie nakreśleni są bohaterowie, w tę bajkę - jak słusznie napisał mój kolega - chce się uwierzyć. Czy nie dlatego, że w "Boisku bezdomnych" jest miejsce nie tylko na efektowno-optymistyczny "mecz o wszystko", ale też na realną i bynajmniej nie obśmianą śmierć?

W "Boisku..." realistyczny pazur ładnie niweluje dość oczywiste, fabularne ścieżki - kamera Jacka Petryckiego jednocześnie buduje metaforę, ale też chwyta detale, które w tradycyjnej bajce zmieścić się nie powinny. W efekcie - i być może to największe osiągnięcie Adamik - Dworzec Centralny i Stadion Dziesięciolecia, gdzie odbywają się treningi bohaterów, przestają być tylko warszawskie i polskie.

Kto wie zresztą - może w "Boisku..." chodzi wcale nie o bezdomnych (tu są to raczej wygładzone mocno, ludzkie metafory), nie o piłkę nożną nawet, ale o reżysera, który próbuje znaleźć sobie miejsce między "hollywoodzkim kiczem" a, jak nazwał to ostatnio jeden z filmoznawców, "polskim kinem depresyjnym"? Ten reżyser - a ściślej młoda i bez wątpienia zdolna reżyserka - wierzy w ludzi, umie bawić widzów i nie wstydzi się dobrego kina popularnego, którego w Polsce bardzo nam potrzeba. Tylko czy Kasia Adamik rzeczywiście zagrzeje u nas miejsce na dłużej?