Boski chillout ****

Paweł Mossakowski
2008-10-10, ostatnia aktualizacja 2008-10-08 21:46
Boski Chillout
Boski Chillout

USA 2008 (Pineapple Express) Reż. David Gordon Green. Aktorzy: Seth Rogen, James Franco, Danny McBride

Czerwony nawias proszę wyrzucić!

Juddowi Apatowowi grozi choroba, która zniszczyła niegdyś świetnego francuskiego reżysera Luca Bessona: nadaktywność hormonu twórczego. Od maja 2007 roku, gdy miała premierę "Wpadka", maczał on palce w produkcji siedmiu (!) filmów (m.in. znane w Polsce "Chłopaki też płaczą", "Supersamiec" i "Nie zadzieraj z fryzjerem"). Póki co jednak ma się dobrze: "Boski chillout" wydaje mi się z tej listy filmem najzabawniejszym, i to bynajmniej nie dlatego, że jego bohaterowie są bez przerwy upaleni trawą.

Dotyczy to zwłaszcza Dale'a, typowego "apatowskiego" abnegata (Rogen), który wprawdzie ma jakąś pracę (rozwozi wezwania do sądu) oraz atrakcyjną dziewczynę-licealistkę (czego nie rozumiem), jednak ulubionym jego zajęciem jest palenie jointów. Pewnego wieczoru Dale staje się świadkiem brutalnego zabójstwa dokonanego przez króla narkotykowego podziemia oraz skorumpowaną policjantkę i jest na tyle nierozważny, że na miejscu zbrodni zostawia niedopałek z marihuaną. Ponieważ jest to akurat zupełnie nowy na rynku gatunek, nietrudno jest zidentyfikować jego dostawcę. I gdy spanikowany Dale dociera do swojego dilera Saula (Franco), już po chwili mają na karku bandę złoczyńców

Ktoś zauważył (przy okazji bodaj nieco podobnego "O dwóch takich, co poszli w miasto"), że aby śmiać się na komediach o przyćpanych facetach, trzeba samemu być "na haju". Otóż tutaj takie wspomaganie (którego zresztą nie polecam w żadnych okolicznościach) jest zupełnie zbyteczne - film jest wystarczająco śmieszny sam w sobie. Jego główny pomysł (wywodzący się z tradycji "przypadkowego świadka zbrodni" czy "przeciętnych ludzi wciągniętych w gangsterskie porachunki") polega na zderzeniu intrygi jak z kina akcji (z nieodłączną od tego gatunku brutalną przemocą) i wyjątkowo ciamajdowatych i "nieakcyjnych" bohaterów. Mamy tu więc strzelaniny, pościgi samochodowe i głośne eksplozje - nie ma Mela Gibsona z "Zabójczej broni" czy Matta Damona z "Krucjaty Bourne'a", a tylko dwóch ciągle przyćpanych matołków.

Jak w każdym "trawiastym" filmie istotnym elementem "Chilloutu" są dialogi i trzeba przyznać, że chichotliwe konwersacje, jakie prowadzą ze sobą Dale i Saul, są dowcipne i pełne językowej inwencji, choć oczywiście rozględzone. Apatow nie byłby też sobą, gdyby jego bohaterowie, diler i jego klient, uciekając przed dybiącymi na ich życie bandziorami, nie zbliżyli się do siebie - pochwała męskiej przyjaźni to wszak jeden ze znaków firmowych jego twórczości. Zabawa jest więc całkiem dobra, choć prawdę mówiąc film, w którym najsympatyczniejszą postacią jest diler narkotyków, gdzie bez krępacji sprzedaje się trawkę pod szkołą, i z którego ogólnie wynika, że marihuana jest cool, niespecjalnie jest wskazany dla młodzieży, a to ona przecież uwielbia Apatowa.