33 sceny z życia ******

PAWEŁ T. FELIS
2008-11-07, ostatnia aktualizacja 2008-11-05 21:56

Polska 2008. Reż. Małgorzata Szumowska. Aktorzy: Julia Jentsch, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Andrzej Hudziak, Peter Gantzler, Maciej Stuhr, Iza Kuna

ZOBACZ TAKŻE
Wobec "Ono" Szumowskiej byłem bezlitosny. Minęły lata - reżyserka nie tylko nakręciła w tym czasie parę dokumentów, zaczęła współpracę z zagranicznymi producentami, ale też wyciągnęła z błędów wnioski i odważnie zmieniła stylistykę o 180 stopni: jej "33 sceny z życia" to najlepszy film ostatniego festiwalu w Gdyni, a zarazem dowód, że wciąż warto w polskie kino wierzyć.

Film Szumowskiej - co sugeruje już tytuł - to urywki, dotknięcia, migawki z życia codziennego. Tak właśnie przyglądamy się rodzinie głównej bohaterki Julii (Jentsch), młodej artystki, która żyje w świecie sztuki: jej ojciec (z niebywałą klasą prowadzona rola Andrzeja Hudziaka) to znany dokumentalista i działacz opozycji, mama (znów znakomita Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) jest autorką poczytnych kryminałów, a mąż (Stuhr) cenionym w świecie kompozytorem. Artystyczna rodzina to jednak odwrócony obrazek z "Vivy". Dogryzają sobie i często mają siebie dość, kłócą się, obrażają, po alkoholu wypominają sobie dzieci z poprzednich małżeństw. Są egotyczni, próżni, ale przede wszystkim - nadwrażliwi. "Nie przeczytałeś żadnej mojej książki, a ja muszę twoje filmy oglądać o drugiej w nocy, bo tylko wtedy je puszczają" - wścieka się mama Julii na męża. Tego samego, do którego niedługo później, w szpitalu, zawoła: "Jurek, kochany!". Skupiona na tym, co zwykłe, Szumowska nie pokazuje rodzinnego piekła. Pokazuje miłość trudną, bolesną, czasem jakby sobą zmęczoną. A przecież autentyczną.

Śmiertelna choroba matki pojawia się - jak zwykle - niespodziewanie i nie w porę. I od razu stawia przed całą rodziną wymagania: jak się zachować, co mówić? Trzeba być dojrzałym i odpowiedzialnym. Tyle że Julia wcale nie chce. Zachowuje się jak dziecinna nastolatka, żartuje nie w czas, rozpacza inaczej niż trzeba. Mam wrażenie, że przez tę właśnie postać - rozedrganą, niekonsekwentną, w filmie jakoś osobną (szkoda tylko, że świetna rola Julii Jentsch została nie najlepiej zdubbingowana) - udało się Szumowskiej dotknąć czułego nerwu jej pokolenia. Bo przecież "33 sceny z życia" to film o nieporadnym, koślawym buncie. Wobec rodzinnego upupienia, wobec konieczności opiekowania się chorymi, wobec obowiązku bycia miłym, dobrym i uczynnym. Wobec nieskazitelnej moralności, nawet metafizyki, której gościem jest nieproszonym. Zadziwiająco to wszystko prawdziwe.

Jest w filmie kapitalna scena, gdy siostra Julii (kolejna świetna rola Izy Kuny) wychodzi ze szpitala wściekła, bo nie powiedzieli jej, że z matką jest bardzo źle. "Pierdolę to. Najpierw oddała mnie na wychowanie do babci, potem zarzucała, że się puszczam. Nie będę tu siedzieć" - mówi w zacinającej się windzie. W prostym dialogu widać odważny gest: rodzice, nawet chorzy, nie byli święci. Jak więc tę śmierć nieświętych przyjąć? I co zrobić z myślą, że ta śmierć jest tragedią, która jednocześnie - w dziwny sposób - wyzwala?

W nagradzanym dokumencie "A czego tu się bać?" Szumowska weszła z kamerą w ludowy świat, który śmierć umie obłaskawić, oswoić przez (zabobonne z pozoru) rytuały. W mieszczańskim, artystycznym świecie "33 scen " rytuałów nie ma, bo nie ma też świętości: nawet oglądanie nieboszczyka budzi na pogrzebie ogólną wesołość. A jednak nawet tu, gdy ktoś umiera, woła się po księdza z ostatnim namaszczeniem i przez cały dzień dywaguje, w której sukience pochować zmarłą. Tragiczny paradoks filmu: Szumowska pokazuje ludzi wydziedziczonych z rytuału, którzy dość groteskowo próbują do niego wrócić. Tyle że powrotu nie ma.

Tę tęsknotę widać nawet w sposobie, w jaki "33 sceny " zostały zrobione. Otwarcie autobiograficzny, pozornie dotykający codzienności obraz Szumowskiej to przecież film brawurowej formy. Zwykłość co chwilę przecież milknie, przez dłuższą chwilę widać czarny ekran, który dzięki muzyce Pawła Mykietyna - jakby z innej stylistyki, z innego świata - działa hipnotycznie. Nieokiełznane zostaje poddane rygorowi, przetrawione, przekute w sztukę: jak wtedy, gdy Julia z fotografii nowotworów chce zrobić wystawę. Bo czy rygor formy nie jest jedynym ratunkiem przed skandalem życia?

Śmierć nie jest sprawiedliwa, miłość też. "Dlaczego ciągle mówisz: nie wiem?" - pyta Julia przyjaciela Adriana. "Bo nie można wszystkiego wiedzieć od razu. Trzeba się zastanowić". To właśnie Adrian - neurotyk i samotnik - zarazi Julię odwagą powiedzenia "nie wiem". Zgodą na to, że wszystkiego nie trzeba rozumieć, a sobie warto dać prawo do - choćby szczeniackich - błędów. Niezwykły to film, do którego - śmiem przypuszczać - będziemy wracać również po latach.