Happy-Go-Lucky, czyli co nas uszczęśliwia *****

Paweł Mossakowski
2008-11-27, ostatnia aktualizacja 2008-11-27 00:12
Happy-Go-Lucky
Happy-Go-Lucky

Anglia 2008 (Happy-Go-Lucky). Reż. Mike Leigh. Aktorzy: Sally Hawkins, Eddie Marsan, Alexis Zegerman

Istnieje ogólne przekonanie, według którego Zło jest bardziej filmowo atrakcyjne i bardziej fotogeniczne od Dobra, w związku z czym powstaje znacznie więcej filmów o zawodowych zabójcach niż o siostrach samarytankach. Mike Leigh postanowił pójść na przekór tym tendencjom i nakręcił film o pogodnej, życzliwej światu i ludziom, wrażliwej i troskliwej kobiecie. Rzecz tym bardziej zaskakująca, że brytyjski reżyser (autor m.in. "Nagich" i "Very Drake") był znany ze wszystkiego, tylko nie ze słonecznego optymizmu.

Wyszło to nadzwyczajnie, choć łatwo można było popaść w fałszywie szlachetny ton lub sprawę mocno przesłodzić. Jest to zasługa i świetnej Sally Hawkins (cały film jest zresztą triumfem metody pracy z aktorami, jaką stosuje Leigh) i lekkiej ręki tegoż oraz zgrabnego scenariusza. "Happy go lucky" (tytuł zupełnie nieironiczny, w przeciwieństwie do takiego "Życie jest słodkie") jest zresztą bardziej portretem niż opowieścią - "studium przypadku" raczej niż fabułą, która jest tu właściwie szczątkowa. Bohaterka filmu Poppy jest trzydziestolatką z Londynu, nauczycielką w podstawówce (lubiącą swoją pracę i swoich małych podopiecznych), mieszkającą od dziesięciu lat ze swoją przyjaciółką w wynajmowanym mieszkaniu. Poppy nie cierpi z powodu swojej "samotności" (tym bardziej że alternatywa w postaci jej żonatej i dzieciatej siostry nie wygląda zachęcająco), nie śpieszy się, nie szuka gorączkowo faceta (a ten i tak się zjawia w osobie sympatycznego psychologa szkolnego). To, że jest ciągle uśmiechnięta wydaje się równie naturalne jak to, że słońce świeci. Nie robi też tragedii z przykrych życiowych niespodzianek (typu: kradzież roweru), jest otwarta na ludzi i nowe doświadczenia.

Jej całkowitym przeciwieństwem jest Scott (też znakomity Marsan), instruktor jazdy, u którego Poppy po stracie roweru zaczyna pobierać lekcje, wiecznie naburmuszony, śmiertelnie poważny, paranoicznie podejrzliwy. Homofob i rasista. Typowy sztywniak, który za swoim chorobliwym rygoryzmem i potrzebą pedantycznego porządku kryje paniczny lęk przed światem. Ich wzajemna relacja z Polly (która go coraz bardziej pociąga) nadaje filmowi niezbędną dynamikę i dramaturgiczny ciąg, a w kulminacyjnej scenie pozwoli naszej bohaterce wykazać się inteligencją, taktem i wyczuciem.

Wszystko to wypada bardzo przekonująco i tylko w jednej przydługiej scenie (z bezdomnym) wydaje się, że reżyser mówi zbyt natrętnie: "spójrzcie, jaka ona wrażliwa i empatyczna!". Niektórych widzów może też drażnić jej nieustająca potrzeba dowcipnego skomentowania każdej sytuacji. Ale są to drobiazgi. Ważne jest to, że dobry humor Poppy udziela się także widzowi. Na listopadowe ponurości i pochmurności obraz jak znalazł.