Gdy główny bohater Ben (Sutherland) patrzy na ciało rzekomego samobójcy w kostnicy, pielęgniarz komentuje krótko: "Poderżnął sobie gardło kawałkiem lustra? Siedem lat nieszczęścia". To jednak wyjątek - w "Lustrach" ironii jak na lekarstwo. Od pierwszych ujęć, w których widzimy, jak i dlaczego wspomniany samobójca się zabił, wszystko jest tu śmiertelnie poważne. I krwawe.
W tytułowych lustrach czai się zło. Zło bezlitosne, bo nie dość, że zostawia za sobą kolejne trupy, to jeszcze nie pozwala dźwignąć się z dna Benowi - do niedawna policjantowi, któremu zawaliło się całe życie (rodzinne też). W nowej pracy stróża nocnego w spalonym domu handlowym próbuje on z demonami walczyć, ale zło rozprzestrzenia się jak wirus i zagraża wszędzie.
Trzeba przyznać, że jak na horror rzecz jest przyzwoicie zrealizowana i zagrana, a strachy straszą naprawdę. Aja nie umiał się jednak zdecydować - czy robi horror oparty na "klimacie" i niedomówieniach, czy chce z detalami pokazać zalewaną krwią przemoc (w tym wypadku "autoprzemoc"?), czy może naśladuje strachy z Azji (zadziwiająco ważną rolę odgrywa tu woda). Wyjaśnienie zagadki będzie sztampowe do bólu, chociaż puenta - całkiem, całkiem. Ale i tak wniosek, który z tej pełnej nielogiczności fabuły płynie, jest inny: żyjemy w świecie, w którym lustra są wszędzie!