Film-wyzwanie. Dokument, którego "filmowość" jest co najmniej dyskusyjna i którego ocenianie w kategoriach "gwiazdek" wydaje się, mówiąc delikatnie, niestosowne.
"Jezus Chrystus Zbawiciel" to ascetyczny, zarejestrowany w 1971 roku performance Klausa Kinskiego - odnaleziony w wersji filmowej po latach i zmontowany przez Petera Geyera. Początkowo wszystko wydaje się mało efektowne - na pustą scenę legendarny aktor Herzoga wchodzi w dżinsach, wzorzystej koszuli i zaczyna swój buńczuczny monolog. Ale to monolog-prowokacja. Herzog wciela się w oskarżyciela Chrystusa, by za chwilę zmienić perspektywę, sprowadzić Jezusa na ziemię, "uczłowieczyć" symbol-ikonę. Wpisać go w kontekst wojny w Wietnamie, głodujących dzieci i hipisów, a jednocześnie w jego imieniu pouczać: "Nie przywiązuj się do pieniędzy!".
To, co Kinski mówi-krzyczy z ekranu, to jedno - nie mniej ważna jest tu reakcja publiczności. Gdy okazuje się, że aktor sam chce być kimś w rodzaju Zbawiciela nawracającego zagubione dusze, z sali padają na przemian brawa i okrzyki wściekłych widzów. Ktoś wchodzi na scenę, ochroniarz usuwa go siłą. Kinski coraz bardziej wychodzi z roli, rzuca wyzwiska, przerywa występ, by po chwili zacząć go od nowa. Widz dokumentu pozostaje z niepewnością: może to wszystko jest zaplanowaną częścią happeningu?
Swoją rację mają widzowie, którzy na nawoływania do ubóstwa reagują protestami: "Oddaj mi 10 marek za bilet!". Swoje racje ma Kinski, którego monolog traktować można jak emfatyczny, postmodernistyczny bełkot - albo rozkładać na czynniki pierwsze i szukać w pozornym mieszaniu wszystkiego ze wszystkim sensu (szukaniu - sądzę - nie bez powodzenia).
Dla mnie najciekawsze jest co innego - patrząc na egotycznego, wściekłego Kinskiego, widzę artystę, który chce przekroczyć ramy spektaklu. Sprowokować dyskusję o sprawach najważniejszych, zmienić typowo teatralną relację aktor - widz w przeżycie bliższe misterium. Trudno dać się Kinskiemu uwieść, jeszcze trudniej pohamować odruch buntu i wyjścia z sali. Ale w finale coś ważnego udaje się przecież osiągnąć - słowna przepychanka cichnie, potok słów zmienia się w ostry i przejmujący ni to wyrzut, ni to wyzwanie. Niecodzienny film nie film, który odpycha i fascynuje jednocześnie: warto to sprawdzić samemu.