Już sam początek powiązany z czołówką budzi zdziwienie: taka ilość pstrokacizny na dużym ekranie nie zdarza się często. Ale potem nie jest, niestety, lepiej - mienią się kolory, fruwają czarodziejki-strażniczki, rzekomo młodzieńcze, choć wystylizowane na seksowne klony Paris Hilton w kusych wdziankach, a fabuła przypomina chaotyczny zlepek bez polotu podkradzionych innym motywów. Jakby była jedynie doklejonym na siłę dodatkiem do seryjnej produkcji gadżetów, która - zdaje się - celem jest tu najważniejszym.
Młode czarodziejki, które uwielbiają sypać sobie nawzajem komplementy i sprawiają wrażenie ograniczonych mentalnie podlotków, kończą właśnie naukę w szkole czarów. Bloom chce jednak wcześniej rozwiązać rodzinną zagadkę - odnaleźć zaginionych dawno rodziców. Razem z koleżankami (i władającymi mieczem kolegami) uda się więc do świata ciemności, gdzie ich czarodziejskie moce będą słabnąć: nieodzowne okaże się wsparcie męskiej siły
Jeden idiotyzm goni kolejny, mało efektowne i jeszcze mniej pomysłowe są ekranowe czary, muzyka sprawia estetyczny ból, a kicz w stylu kawai sąsiaduje z zaskakująco solidną dawką przemocy. Przyznam, że patrzyłem na siedzące na pokazie dzieci (z przewagą dziewczynek) z lekkim przerażeniem: karmienie maluchów tego rodzaju tandetą powinno być zakazane.