Australia ***

PAWEŁ T. FELIS
2008-12-19, ostatnia aktualizacja 2008-12-18 18:34

Australia, USA 2008 (Australia). Reż. Baz Luhrmann. Aktorzy: Nicole Kidman, Hugh Jackman, David Wenham, Bryan Brown, Aaron Pedersen, Jack Thompson

W tym staromodnym połączeniu wyciskacza łez, klasycznego westernu o kowbojach outsiderach, filmu wojennego i wielkiego eposu o dalekich i egzotycznych krainach jedna korzyść jest oczywista: widz otrzymuje coś więcej niż blisko trzygodzinne widowisko. Otrzymuje jakby dwa filmy w jednym - część pierwszą i sequel. Może jest w tym dramaturgicznym pęknięciu jakiś nowy sposób na zwabienie publiczności do kin?

Historia zaczyna się w latach 30. ubiegłego wieku, kiedy to Angielka lady Ashley (Kidman), arystokratka idiotka, rusza na Antypody w pogoni za niewiernym, jak przypuszcza, mężem. Na miejscu nie dość, że nikt nie ma poszanowania dla jej pakunków pełnych ekskluzywnej bielizny, to jeszcze okazuje się, że mąż trudniący się handlem bydła został zabity. "Pani Szef", jak o niej mówią, długo po małżonku nie płacze, szybko za to bierze sprawy w swoje ręce. Zamiast sprzedać Faraday Downs, ranczo męża, niejakiemu Carneyowi (Brown), który chce być w sprawach bydła monopolistą, próbuje go przechytrzyć. Krowy chętnie kupuje bowiem wojsko, tyle że transakcja musi odbyć się w odległym Darwin. Razem z paroma pomocnikami Ashley postanawia więc przepędzić tam swoje bydło, czemu Carney - rzecz jasna - będzie chciał przeszkodzić.

Fabularnie "Australia" aż pęka od kolejnych wątków. W czasie drogi do Darwin Ashley zakochuje się w przystojnym poganiaczu bydła (Jackman), coraz bardziej zbliża się do osieroconego chłopca o imieniu Nullah (najlepszy w filmie Brandon Walters), którego policja chce umieścić w sierocińcu (jest bowiem pół czarnym, pół białym), uczy się stopniowo szacunku do kultury i tradycji Aborygenów, a wreszcie na własnej skórze doświadcza koszmaru wojny. Tyle że epicko-melodramatyczna formuła wywołuje niekiedy efekt groteskowy. Kidman, która gra paroma powtarzanymi bez końca minami, z kretynki staje się w mgnieniu oka miłośniczką natury, troskliwą mamą i pewną siebie kobietą walczącą o swoje. Poganiacz bydła z nieco cynicznego outsidera przeistoczy się w romantyka, którego w scenie balu Luhrmann filmuje tak, jakby kino pomyliło mu się z reklamą. Źli zostaną bezlitośnie upokorzeni, nieprawomyślna miłość zwycięży, ale co zostaje poza ocieranymi od łez chusteczkami?

Z pewnością Nullah: rezolutny chłopak, który nie tylko wierzy, że ma szamańskie zdolności, ale jako jedyny w całym tym staroświeckim, rozbuchanym teatrzyku jest na swoim miejscu. On właśnie - i jego dziadek, aborygeński król Jerzy - jest tu śladem prawdziwej Australii, która w filmie Luhrmanna zdaje się tylko sztafażem nieznośnie pragmatycznie - by nie powiedzieć: cynicznie - pomyślanej superprodukcji. Zapewne nieźle poradzi sobie ona w kinach, ale w przeciwieństwie do "Casablanki", "Titanica", "Lawrence'a z Arabii" czy "Przeminęło z wiatrem" w historii kina raczej się nie zapisze.