W nowym filmie Juliusza Machulskiego świat bohaterów nie kręci się, co w polskim kinie popularnym stało się normą, wokół seksu. Może z wyjątkiem niejakiego Darka (Więckiewicz), który co prawda prostolinijnie ugania się za kochankami, ale za to z takim wdziękiem, jakby w sypialni spełniał jedynie wyznaczony mu przez męską tradycję obowiązek. Czyżby więc historia o miłości? Nie tylko - "Ile waży koń trojański?" to dla mnie romansowo-obyczajowa komedia o przypadku.
Sympatyczną Zosię (Ostrowska) poznajemy w momencie gdy kończy czterdzieści lat i wcale nie jest z tego powodu szczęśliwa. Szczęścia, na co zwraca uwagę jej koleżanka, Zosi jednak nie brakuje - ma u boku nowego, świetnego męża Kubę (Marczewski) i rezolutną córkę z poprzedniego małżeństwa, która z drugim ojcem związana jest nawet bardziej niż z biologicznym. Ale ten biologiczny, czyli Darek - typ nieco obleśny, topornie szarmancki i odpychająco zabawny - wciąż spokój nowej rodziny zakłóca. Bo po prostu jest, a Zosia chciałaby, żeby go nie było. Los spełnia więc życzenie 40-letniej jubilatki i przenosi ją w czasie.
Zosia zasypia w roku 2000, a budzi trzynaście lat wcześniej. Znajduje w łóżku starego, wówczas jeszcze bardziej prostackiego męża, na stole "Trybunę Ludu", a w hotelu, do którego wyprowadzić się chce jak najszybciej, recepcjonistę, który nie chce wynająć jej pokoju, bo ma przecież w dowodzie "warszawski meldunek". Czyżby więc żarty z PRL-u raz jeszcze? Bez wątpienia (z całego PRL-owskiego sztafażu najbardziej udały się zresztą kapitalne kiczowate ubrania a la lata 80.), ale ta zgrywa podszyta jest smutkiem. "Jak to będzie za 13 lat? Będziemy mieli wolność i nikt nie będzie jej zauważał" - powie w którymś momencie Zosia.
Przez większą część filmu jesteśmy w świecie PRL-owskich absurdów, tyle że "Ile waży koń trojański" z naiwnej nostalgii za "tamtymi, dobrymi czasami" otwarcie szydzi. Śmieszą żarty związane z paszportem, załatwianej sposobem szynki na przyjęcie, ale nie przypadkiem różnice między "kiedyś" i "dziś" oglądamy z perspektywy Zosi - czy nie pozycja kobiety zmieniła się przez te lata najbardziej? Zosia, która pod koniec lat 80. stroi sobie z męża samca żarty, uwodzi nieśmiałego scenarzystę inteligenta (późniejszego małżonka), a do spraw łóżkowych potrafi podejść i romantycznie, i pragmatycznie - jest tu oczywiście dzieckiem "nowych czasów". Symbolizowanych przez kobietę czasów niezależności i swobody, z których Machulskiemu drwić się jakoś nie chce. Może i banalna to współczesność, ale przejmująco normalna.
Poza wszystkim "Ile waży " to bodaj najlepsza od lat w Polsce komedia romantyczna, chociaż dystrybutor określenia tego się wystrzega (zestawiać nasze komediowo-romantyczne podróbki z filmem Machulskiego byłoby w istocie nie na miejscu). Twórca "Seksmisji" udowodnił jednak, że można nawet nad Wisłą połączyć fabularną bajkę, rozwijającą się w imię kolejnych zwrotów i puent akcję oraz mocną kreską rozpisane postaci, a jednocześnie nie wpaść w kicz i banał. Co więcej - trzeba było Machulskiego, który poza komediowym zacięciem odkrywa (nie pierwszy raz) twarz romantyka, by wreszcie w polskim kinie ktoś tak serio potraktował "rodzinę rekonstruowaną".
W "Ile waży ", przyznaję, irytowały mnie z początku niedopasowane postsynchrony, czasem zbyt "plakatowa" PRL-owska scenografia i pospieszna, z lekka telewizyjna maniera serwowania kolejnych dowcipów. A jednak łatwo o tym zapomnieć, gdy polski reżyser tak sprawnie potrafi opowiadać lekko o sprawach nielekkich. Czyli przede wszystkim o wspomnianym na wstępie przypadku i jego nieprzejrzystej logice.
Miłość spóźniona w filmie Machulskiego, jak się okazuje, przyszła całkiem w porę. Dobrze byłoby mieć córkę z nowym, lepszym mężem, ale dziecko z kimś innym niż odpychający eks nie byłoby tym samym dzieckiem. Zresztą czy Kuba byłby tak dobrym mężem i ojcem, gdyby nie traumatyczne małżeństwo z wiecznie niezadowoloną dziwaczką (świetna, wreszcie zaskakująca rola Mai Ostaszewskiej)? I czy polubiłaby go jedyna sensowna osoba w rodzinie - babcia (w tej roli Danuta Szaflarska)? Machulski nie udaje, że odkrywa w swoim filmie psychologiczną Amerykę. Znów bawi, ale w tej zabawie - jak przyznał po pokazie prasowym - odważył się tym razem na ton bardzo osobisty.