Zmierzch ***

PAWEŁ T. FELIS
2009-01-09, ostatnia aktualizacja 2009-01-07 20:52
Zmierzch
Zmierzch
materiały promocyjne

USA 2008 (Twilight). Reż. Catherine Hardwicke. Aktorzy: Kristen Stewart, Robert Pattinson, Billy Burke, Ashley Greene

Filmy
Marzenia nastolatek (czy tylko amerykańskich?) coraz dotkliwiej odrywają się od ziemi. Nie wystarczy już, by wyśniony ideał był młodzieńcem "bosko przystojnym" (a taki - jak wyjaśnia z chichotem jedna z bohaterek - jest właśnie Edward Cullen). Mało, by roztaczał wokół siebie aurę nieosiągalnego gbura, przez którą przebić się może tylko ta jedyna. Nawet wypasiony samochód (Edward szpanuje nim, a jakże) stał się ekwipunkiem amanta banalnym, bo standardowym. Męski ideał ze "Zmierzchu" stawia więc poprzeczkę wyżej - jest wiecznie młody, nieśmiertelny, czyta w myślach, siłą i szybkością dorównuje wszelkiej maści supermanom, nienaganne maniery dżentelmena potrafi łączyć z małpimi harcami po lesie w stylu Tarzana, a na dodatek jest postacią tragiczną: wampirem walczącym ze swą naturą. Jak się nie zakochać?

Zakochuje się Bella (Stewart), typ z lekka grundżowej licealistki outsiderki, która właśnie przeprowadziła się od matki do dawno niewidzianego ojca i zamieniła słoneczną Arizonę na ponure i niemal wiecznie deszczowe miasteczko Forks w stanie Washington. Co Bellę (Stewart) i Edwarda (mizerny aktorsko, zastanawiająco wymuskany jak na wampira Robert Pattinson), którzy przypadkiem siadają w jednej ławce, tak przyciąga? Jego - ludzki zapach dziewczyny ("jak najlepszy gatunek heroiny"). Ją - samotnictwo Mullera i drobniutki fakt, że w cudowny sposób przystojniak ratuje Bellę przed śmiercią. Bo przecież im głośniej Edward wykrzykuje: "Jestem potworem!", tym bardziej okazuje się chodzącym po ziemi (a czasem fruwającym w powietrzu) ideałem.

Dobrze, że twórcy adaptacji pretensjonalnego bestsellera Stephenie Meyer ratują się humorem. "Twoja wizyta kazała nam po raz pierwszy skorzystać z kuchni" - mówi na przykład Belli rodzinka szlachetnych "wampirów-wegetarian" (żywią się tylko krwią zwierząt), której ulubioną rozrywką jest niecodzienna gra w baseball. Niestety, ironia przegrywa tu najczęściej z patosem (czy można skazać kogoś na nieśmiertelność, nawet gdy tego chce?), a umowność wampirzej fabuły skręcić musi wreszcie w stronę dość groteskowych walk z bezlitosnym członkiem wrogiego klanu.

Zawiodą się ci, którzy oczekują filmu na miarę szwedzkiego horroru "Pozwól mi wejść" - "Zmierzch" to jedynie psychologicznie naiwny romans nie o ludziach, nawet nie o wampirach, ale o archetypicznych figurach, które w dość plastikowym anturażu niby przeżywają egzystencjalne dramaty, a tak naprawdę świetnie się bawią. Chyba lepiej nawet niż widz, choć - sądząc po histerii amerykańskich nastolatek - pewności nie mam.