Marzenia nastolatek (czy tylko amerykańskich?) coraz dotkliwiej odrywają się od ziemi. Nie wystarczy już, by wyśniony ideał był młodzieńcem "bosko przystojnym" (a taki - jak wyjaśnia z chichotem jedna z bohaterek - jest właśnie Edward Cullen). Mało, by roztaczał wokół siebie aurę nieosiągalnego gbura, przez którą przebić się może tylko ta jedyna. Nawet wypasiony samochód (Edward szpanuje nim, a jakże) stał się ekwipunkiem amanta banalnym, bo standardowym. Męski ideał ze "Zmierzchu" stawia więc poprzeczkę wyżej - jest wiecznie młody, nieśmiertelny, czyta w myślach, siłą i szybkością dorównuje wszelkiej maści supermanom, nienaganne maniery dżentelmena potrafi łączyć z małpimi harcami po lesie w stylu Tarzana, a na dodatek jest postacią tragiczną: wampirem walczącym ze swą naturą. Jak się nie zakochać?
Zakochuje się Bella (Stewart), typ z lekka grundżowej licealistki outsiderki, która właśnie przeprowadziła się od matki do dawno niewidzianego ojca i zamieniła słoneczną Arizonę na ponure i niemal wiecznie deszczowe miasteczko Forks w stanie Washington. Co Bellę (Stewart) i Edwarda (mizerny aktorsko, zastanawiająco wymuskany jak na wampira Robert Pattinson), którzy przypadkiem siadają w jednej ławce, tak przyciąga? Jego - ludzki zapach dziewczyny ("jak najlepszy gatunek heroiny"). Ją - samotnictwo Mullera i drobniutki fakt, że w cudowny sposób przystojniak ratuje Bellę przed śmiercią. Bo przecież im głośniej Edward wykrzykuje: "Jestem potworem!", tym bardziej okazuje się chodzącym po ziemi (a czasem fruwającym w powietrzu) ideałem.
Dobrze, że twórcy adaptacji pretensjonalnego bestsellera Stephenie Meyer ratują się humorem. "Twoja wizyta kazała nam po raz pierwszy skorzystać z kuchni" - mówi na przykład Belli rodzinka szlachetnych "wampirów-wegetarian" (żywią się tylko krwią zwierząt), której ulubioną rozrywką jest niecodzienna gra w baseball. Niestety, ironia przegrywa tu najczęściej z patosem (czy można skazać kogoś na nieśmiertelność, nawet gdy tego chce?), a umowność wampirzej fabuły skręcić musi wreszcie w stronę dość groteskowych walk z bezlitosnym członkiem wrogiego klanu.
Zawiodą się ci, którzy oczekują filmu na miarę szwedzkiego horroru "Pozwól mi wejść" - "Zmierzch" to jedynie psychologicznie naiwny romans nie o ludziach, nawet nie o wampirach, ale o archetypicznych figurach, które w dość plastikowym anturażu niby przeżywają egzystencjalne dramaty, a tak naprawdę świetnie się bawią. Chyba lepiej nawet niż widz, choć - sądząc po histerii amerykańskich nastolatek - pewności nie mam.