Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia **

PAWEŁ T. FELIS
2009-01-16, ostatnia aktualizacja 2009-01-14 20:25
 Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia
Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia

USA 2008 (The Day the Earth Stood Still). Reż. Scott Derrickson. Aktorzy: Keanu Reeves, Jennifer Connelly, Kathy Bates, Jaden Smith, John Cleese

Od pierwowzoru Roberta Wise'a minęło 58 lat, zmieniły się możliwości Hollywood, jeśli chodzi o efekty specjalne, zmieniły się ideały damskiej i męskiej urody, ale w jednej sprawie stoimy w miejscu: wciąż jesteśmy największymi wrogami swojej planety. Tak przynajmniej twierdzą twórcy, tak też głosi z ekranu sam Keanu Reeves - tym razem w roli kosmity Klaatu, który najpierw zostaje przez ludzi odarty ze "skóry", a potem - w postaci już jak najbardziej człekokształtnej - prawi kazania. "Mieliście dużo czasu, by się zmienić", "Wasza planeta? - trzeba ją przed wami chronić" itd.

W tej kolejnej wizji zagłady, która niby przychodzi z zewnątrz, a tak naprawdę z "wewnątrz", uciechę będą mieli ci, którzy psychologicznych komplikacji w kinie nie trawią. Jest tu więc zła, po amerykańsku pewna swojej siły władza (ucieleśniana przez Kathy Bates w roli sekretarza obrony USA), jest panikująca masa i jest też jedna szlachetna, gotowa do ryzyka i świadoma sytuacji wdowa (Connelly), która nie dość, że świetnie zna się na astrobiologii, to jeszcze oprócz intelektu naukowca ma serce.

To dzięki niej porwany Klaatu najpierw ludziom ucieknie, a potem losem ziemskich mieszkańców się wzruszy. Rozbuchane widowisko Derricksona mniej więcej na takim właśnie uproszczeniu się zasadza: zagłada kontra łzy. Przy okazji uruchomiona zostaje jednak maszyneria efektów specjalnych, jest miejsce na fabularne cuda, ostentacyjny przekaz ekologiczny, ale też domorosłe filozofowanie. Miało być głośniej, potężniej i bardziej dosłownie niż w pierwowzorze - i jest. Jest też, niestety, śmiesznie, gdzie powinno być strasznie, infantylnie i nudno. Ale najbardziej żal odtwórców głównych ról, którzy tak się w pompatyczno-łzawej stylistyce potracili, że na aktorstwo nie zostało już miejsca. Aż przykro patrzeć na Jennifer Connelly, gdy ze łzami w oczach błaga o ratunek dla Ziemi. Aż trudno uwierzyć, że Reeves nie jest robotem, choć akurat w jego przypadku minimalizm środków - chce się wierzyć - może być aktorską manifestacją: na więcej wysiłku to dzieło nie zasługuje. Na siłę można oczywiście potraktować "Dzień " jako kolejny film atakujący nie tyle ziemskie, ile amerykańskie imperialne zapędy. Ale uzasadnienie wydania tylu milionów dolarów to raczej kiepskie.