Lorna (Dobroshi) jest młodą Albanką, która by zdobyć belgijski paszport, zdecydowała się na fikcyjne małżeństwo z uzależnionym od narkotyków Claudy (Renier). Jest to jednak tylko część planu, w który zaangażowana jest rosyjska mafia: małżonek Lorny ma zostać zgładzony przez upozorowane przedawkowanie, ona zaś - już wówczas z papierami - ma wyjść za mąż za związanego z gangsterami obywatela rosyjskiego, który też pragnie być obywatelem belgijskim. Marząca o otworzeniu baru i potrzebująca pieniędzy na rozruch interesu Lorna początkowo przystaje na ten układ, gdy jednak Claudy podejmuje próbę zerwania z nałogiem, budzi się w niej sumienie...
Bracia Dardenne chętnie opowiadają o ludziach, którzy najpierw decydują się na postępki horrendalne (jak sprzedaż dziecka w ich poprzednim filmie), ale potem reflektują się i próbują z nich wycofać bądź przynajmniej winę okupić. Podobnie jest z tytułową bohaterką "Milczenia Lorny": los nieszczęsnego ćpuna najpierw mało ją obchodzi, ale w pewnym momencie zaczyna widzieć w nim człowieka, w którego wyrafinowanym zabójstwie nie chce brać udziału - i desperacko usiłuje i zadowolić głodnego wilka (zniecierpliwionych ruskich gangsterów) oraz ocalić owcę (proszącego ją o pomoc Claudya). Nawiasem mówiąc, intryga, w którą Lorna została wplątana, wydaje mi się trochę przekombinowana - ruscy mafiosi nie mieliby problemów ze znalezieniem belgijskiej narkomanki, co wydatnie skróciłoby drogę do unijnego paszportu ich klientowi. I tak jak w "Dziecku" stawką w tej grze jest stosunkowo niewielka kwota pieniędzy (krążąca niemal obsesyjnie koperta z kilkuset euro) - u braci Dardenne ludzie sprzedają swoją godność tanio, za to potem ryzykują bardzo wiele, aby ją odzyskać.
W "Milczeniu..." bracia opuścili swoje rodzinne Seraign (na rzecz większego, ale też mało urokliwego Liege), swoją bohaterką uczynili cudzoziemkę (a nie zagubionych rodaków, jak wcześniej), ich kamera nie trzyma się blisko postaci, ale poza tym podstawowe elementy ich stylu pozostały niezmienne. Opowiadają niespiesznie statycznymi kadrami historię z życia (lub z gazety) wziętą, w której quasi-sensacyjny wątek opleciony zostaje wokół ważnego moralnego dylematu. Nie jest to może w ich dorobku dzieło najwybitniejsze (i, ostrzegam, nastroju nie poprawia), ale jeśli ktoś w kinie nie chce się żywić jedynie popcornem, wybrać się powinien.