Spotkanie ****

Paweł Mossakowski
2009-01-16, ostatnia aktualizacja 2009-01-14 20:26
Spotkanie
Spotkanie

USA 2008 (The Visitor). Reż. Tom McCarthy. Aktorzy: Richard Jenkins, Haaz Sleiman, Hiam Abbass, Daina Guerira

Filmy
Richard Jenkins, aktor o nieefektownym wyglądzie i jakby stworzony do ról drugoplanowych (najlepiej chyba znany z serialu HBO „Sześć stóp pod ziemią”), gra tym razem (i to znakomicie, jakby wchodząc w skórę swojego bohatera) w pierwszym szeregu. Walter Vale, 60-letni profesor ekonomii z Connecticut, od śmierci swojej żony pogrążony jest w apatii i życiowym marazmie. Nie utrzymuje kontaktów towarzyskich, nie cieszy go praca, a nauka gry na fortepianie - będąca próbą odnalezienia mistycznego kontaktu ze zmarłą żoną, która była pianistką - idzie mu marnie. I oto pewnego dnia Walter wyjeżdża do NY, gdzie ma wygłosić referat i, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu, zastaje w swoim rzadko używanym pied a terre na Manhattanie, dwójkę nielegalnych emigrantów: Syryjczyka Tareka i Senegalkę Zainab. Ponieważ oboje nie mają się gdzie podziać, Wolter wspaniałomyślnie oferuje im gościnę, co staje się początkiem ich przyjaźni (bardziej zresztą z otwartym i bezpośrednim Tarekiem niż zachowującą dystans Zainab). Ale przepisy emigracyjne w Stanach po 11 września są rygorystyczne i surowe...

Ten polityczny melodramat można traktować z jednej strony jako głos w dyskusji na ten właśnie temat - głos szlachetnego liberała, który mówi: ostrożność, oczywiście, nie zawadzi, ale nie popadajmy w paranoję, nie bądźmy tak strasznie podejrzliwi, bo inaczej Ameryka przestanie być Ameryką, krajem, który od zawsze czerpał energię rozwojową od przybyszów z zewnątrz. A z drugiej strony (i ta uzupełniająca perspektywa wydaje mi się ciekawsza) jest filmem o życiowym przebudzeniu, wyrwaniu się w z apatii i obezwładniającej rutyny. Starzejący się akademik (w którym nie musimy się koniecznie doszukiwać symbolu kostniejącej Ameryki) pod wpływem spotkania z nowymi przyjaciółmi z Trzeciego Świata zmienia się, odżywa, wyłazi ze skorupy, w której się ukrył, otwiera się na innych - dochodzi nawet do tego, że uczy się od Tareka gry na dżambie, co idzie mu zresztą znacznie lepiej niż wcześniej na fortepianie.

Film jest spokojny, wyważony, niepopadający w nadmierny sentymentalizm i zrobiony z dużym wyczuciem - sceny, w których Walter, ubrany w garnitur i krawat, wali w bęben w towarzystwie Murzynów, graniczą ze śmiesznością, ale jej nie przekraczają. Równocześnie jednak wydaje się trochę naiwny i ilustracyjny, metamorfoza Waltera następuje za szybko i za łatwo, a zakończenie - szczęśliwie niehollywoodzkie - zostawia pewien niedosyt. Dobre kino, ale wyżej stawiam poprzedni, debiutancki film McCarthy'ego, "Dróżnik".