Pierwszorzędny film biograficzny o Harveyu Milku, pierwszym aktywiście gejowskim, który robił (lokalną) karierę polityczną nie ukrywając swoich seksualnych preferencji i czyniąc z nich podstawę swojego programu. I który za to zapłacił. Gdy widzimy go po raz pierwszy, jest rok 1978 i 48-letni Milk (w brawurowej interpretacji znanego "macho" Seana Penna) nagrywa na magnetofon relację ze swojego życia, aby 5 minut potem paść ofiarą zamachu (nie wiemy tylko z czyjej ręki). Film w swojej stylistyce nie jest typowo "gus-van-santowski", nie ma w nim charakterystycznej poetyckiej mgiełki spowijającej niedawny "Paranoid Park" czy klasyczne już "Moje własne Idaho". W swojej konwencjonalnej narracji przypomina bardziej jego mainstreamowe dokonania w rodzaju "Buntownika z wyboru". Jednak jedna cecha pozostaje tu niezmienna - obsesja umierania. "Obywatel Milk" skonstruowany został w ten sposób, że oglądamy opowieść o politycznej walce, która jest zarazem "kroniką zbliżającej się śmierci".
Cofamy się więc o osiem lat i poznajemy Milka jako skromnego sprzedawcę ubezpieczeń w Nowym Jorku, który kończąc czterdziestkę jest zdecydowanie nieusatysfakcjonowany swoim życiem i chce w nim coś zmienić. Na początek wyjeżdża do San Francisco z poznanym w nowojorskim metrze, blondwłosym kochankiem, gdzie wspólnie zakładają niewielki sklep fotograficzny w dzielnicy zamieszkanej przez tradycyjną społeczność irlandzką. Jednak to zaledwie pierwszy przyczółek, z którego Milk wyrusza na swoją krucjatę o prawa gejów, kilkakrotnie kandydując na stanowisko miejskiego radnego, a otrzymawszy je wreszcie (za trzecim czy czwartym podejściem), ściera się ze wzbierającą falą bigoterii i konserwatyzmu...
Milk pokazany tu zostaje jako prekursor "ujawnienia", walczący o prawo gejów do życia bez poczucia wstydu, bez krycia się po kątach ze swoimi seksualnymi upodobaniami. Mówiąc nieco szumnie: o prawo do życia w godności. Nie był - z dzisiejszego punktu widzenia - szczególnie radykalny w swoich postulatach ani agresywny. Przeciwników zaś miał potężnych, którzy, w imię zdrowo myślącej większości, żądali wykluczenia "pedałów" ze społeczeństwa, odebrania im prawa do wynajmowania mieszkań, wykonywania niektórych zawodów itd. W swojej walce Milk okazywał się zresztą politykiem bardzo zręcznym, utalentowanym i zadziwiająco pragmatycznym - rozumiejącym, że polityka to jest miejsce, gdzie szczytne idee muszą przemielić się z przyziemnymi interesami. Stąd niekiedy zaskakujące sojusze, jak np. ze związkowcami, prostymi, zwalistymi chłopami, w rozmowach z którymi wygrywał fakt, że geje już wówczas byli znaczącą grupą konsumencką. Był też znakomitym wiecowym mówcą (autoironia pomagała) umiejącym uwodzić (słowo nieprzypadkowe) tłum. Jego aktywność polityczna - kampanie, elekcje itd. - wypełnia przeważającą część filmu, jego życie prywatne wygląda znacznie mniej ciekawie. Jeden kochanek, mający dość tego nieustannego wiecowania, odchodzi, to przychodzi drugi w osobie neurotycznego Latynosa (Luna) - choć trzeba przyznać, że w opiekuńczości, jaką Milk traktował tego bardzo kłopotliwego partnera, było coś głęboko ujmującego. Ale polityka była zawsze na pierwszym miejscu.
Zarzuca się filmowi, że to czysta hagiografia, że jest prze-ideologizowany i czarno-biały w podziale racji. Do pewnego stopnia są to zarzuty trafne, ale czasem nawet film propagandowy - jeśli zrobiony z wewnętrznym przekonaniem i pasją, a nie na obstalunek - może być filmem wybitnym. Gdyby tylko nie te hollywoodzkie wtręty, z nieśmiertelnym "jestem z ciebie dumny", padającym z ust ekskochanka, na czele...