Nie lubi Brytyjczyk Mendes amerykańskich "suburbii", oj nie lubi. Udowodnił już to swoim oscarowym "American Beauty", a teraz, nie opuszczając tego terytorium, tylko cofając się wstecz o pół wieku, jeszcze swój wizerunek krytyka przedmieść i niszczyciela pięknych fasad umacnia. Oczywiście, mówimy tu o "przedmieściach" nie w sensie urbanistycznym, ale kulturowym czy mentalnościowym - jako miejscu, gdzie najbujniej rozkwita konformizm, a "american dream" znajduje swoje najpowszechniejsze wcielenie.
W tej ekranizacji bardzo znanej w swoim czasie (1961) powieści Richarda Yatesa główne rolę grają Kate Winslet i Leonardo DiCaprio, po raz pierwszy razem od czasów "Titanica". Był w tym pomyśle obsadowym zamysł komercyjny, naturalnie, ale też chyba żartobliwa (gdyż przedzielona różnicą epok) symulacja losów bohaterów przeboju Jamesa Camerona: spójrzcie, jak mogłoby wyglądać ich życie, gdyby statek nie utonął, a oni wzięliby ślub, zamieszkali w ślicznym domku, mieli dzieci itd.
Niestety, nie "żyliby długo i szczęśliwie". Winslet gra April, niespełnioną aktorkę, która dusi się w złotej klatce, w której się znalazła. Ma ogromny (choć o mocno dyskusyjnej architekturze) dom w Connecticut, dwójkę ładnych i zdrowych dzieci oraz męża, który jest nie tylko bardzo przystojny, ale też co miesiąc przynosi przyzwoitą wypłatę. A mimo to jest sfrustrowana i nieszczęśliwa - czuje się "uwięziona w beznadziejnej pustce". Samopoczucie Franka (DiCaprio) jest niewiele lepsze: nie znosi swojej monotonnej pracy (sprzedaż maszyn biurowych w nowojorskiej firmie), która służy mu wyłącznie do zarabiania pieniędzy, obezwładniającą nudę usiłuje rozproszyć biurowymi romansami itd. Ich małżeństwo przeżywa więc poważny kryzys - kłócą się niemal nieustannie. Wówczas April, chcąc uratować związek, proponuje Frankowi, aby sprzedali dom i wyjechali z dziećmi do Paryża, gdzie ona pracowałaby jako sekretarka, a on znalazł swoje właściwe powołanie...
Oczywiście, gdyby przyjrzeć się bliżej temu planowi, nie wydaje się on specjalnie realistyczny: trudno przypuszczać, aby obdarzona artystycznym temperamentem April wysiedziała długo na biurowej posadzie, a Frank jest wprawdzie człowiekiem zdolnym, ale pozbawionym jakichś szczególnych talentów. Co ten Paryż miałby w nim ujawnić? Nie wystarczy przecież pojechać do stolicy Francji, aby pisać jak Hemingway czy Scott Fitzgerald. Frank zresztą to wie. Choć jego argumenty mają charakter pragmatyczny (odpowiedzialność za byt rodziny), to głównym powodem jego oporu przed wyjazdem jest przeczucie, że tak naprawdę niczym się nie różni od tych nudnych sąsiadów, z których tak bardzo z April lubią się nabijać (ich poczucie wyższości nad otoczeniem też ma zresztą dość wątłe podstawy).
Jednak nie chodzi tu oczywiście o sam mityczny i przyjazny samozwańczej bohemie Paryż, ale o chęć dokonania jakiejś zasadniczej zmiany życiowej, wyrwania się z sytuacji, w której się ugrzęzło i grzęźnie coraz głębiej. Dylemat - iść za swoimi marzeniami czy iść na życiowe kompromisy - jest zresztą uniwersalny i bardzo jestem ciekaw, jak film zostanie przyjęty w Polsce. Gdzie z jednej strony domek z ogródkiem stanowi powszechny ideał życiowy, a z drugiej - mnóstwo jest kobiet, które utknęły w niesatysfakcjonujących, ale wygodnych związkach, i mnóstwo facetów, którzy nienawidzą swojej intratnej, ale bezsensownej roboty. Tak czy inaczej, mimo pewnej teatralności filmu i jego nadmiernej gładkości, warto na tę "Drogę..." wstąpić.