Kino współczesne, jak zresztą cała popkultura, stawia na młodość, a tymczasem renomowana niemiecka reżyserka bohaterami swojej opowieści uczyniła starzejące się małżeństwo. "Hanami" mówi o tym, że można przeżyć całe życie z drugą osobą, nic o niej praktycznie nie wiedząc, ale też - że nigdy nie jest za późno na odkrycie samego siebie. Może w tym pomóc druga, inna kultura, do której się choćby czasowo przenosząc, zyskujemy odmienną perspektywę spojrzenia na własne życie. W tym przypadku jest to kultura współczesnej Japonii, do fascynacji którą Dorrie przyznaje się od dawna.
Rudi i Trudi są sześćdziesięciolatkami mieszkającymi w bawarskim miasteczku, których życie regulują codzienne, powtarzające się od lat rytuały. I oto pewnego dnia Trudi dowiaduje się od lekarzy, że jej mąż jest nieuleczalnie chory i za ich radą postanawia go zabrać w podróż (co nie jest łatwe, gdyż Rudi - nieświadomy zresztą swojego stanu - nie cierpi zmian). Nie ujeżdżają daleko: najpierw odwiedzają w Berlinie dwójkę swoich dzieci (czekających niecierpliwie, kiedy starzy sobie wreszcie pojadą), potem wyskakują nad Bałtyk. I tu dochodzi do zupełnie niezaplanowanego (i bardzo zaskakującego) wydarzenia...
Nie będę się wdawał w szczegóły, powiem tylko, że w jego następstwie już tylko Rudi pojedzie samotnie do Japonii, niejako w zastępstwie żony - zawsze o tym marzącej i niemogącej tego marzenia zrealizować. Zresztą dopiero w tej "japońskiej", wypełniającej drugą połowę filmu sekwencji "Hanami" w pełni rozkwita. Przedtem oglądamy głównie studium międzypokoleniowej obcości, jak na mój gust zresztą przerysowanej: dzieci są dla rodziców zagadką, rodzice dla zajętych, niemających dla nich czasu dzieci - zawadą itd. Natomiast w Tokio zaczyna się jakby trochę inna historia - poetycka i bardzo piękna opowieść o tym, jak można ukoić ból po utracie najbliższej osoby i uzyskać z nią niemal mistyczną łączność. Główną rolę odegra tu taniec butoh (japoński wprawdzie, ale z wpływami niemieckiego ekspresjonizmu), który Trudi chciała niegdyś uprawiać, czego Rudi - zasklepiony w swojej codziennej rutynie - nie zauważał, a który teraz w wykonaniu poznanej przez niego bezdomnej nastolatki pozwoli mu odnaleźć "drogę do własnego cienia".
Dorrie snuje swoją opowieść niespiesznie, kontemplując krajobrazy, twarze i rzeczy - jakby na przekór ich nietrwałości i przemijalności - ale ani medytacyjność spojrzenia, ani powaga i "ostateczność" dotykanych tu kwestii nie odbierają jej poczucia humoru - "Hanami" jest momentami niemal komediowe w tonie. Niektóre użyte w filmie symbole są nieco dziwaczne (muchy!), przemiana nudnego sztywniaka w luzaka nie do końca jest wiarygodna, no i dla co bardziej niecierpliwych widzów film może okazać się po prostu za długi (127 minut). Niemniej dawno nie widziałem tak udanego spotkania Wschodu i Zachodu.