Czy ja wiem, czy taki ciekawy? Gdy dowiedziałem się, że "Benjamin..." jest najpoważniejszym kandydatem do tegorocznego Oscara dla najlepszego filmu (a dostał jeszcze nominacje w 12 innych kategoriach), oczekiwałem dzieła na miarę zeszłorocznych triumfatorów ("To nie jest kraj dla starych ludzi", "Aż poleje się krew"). Pierwsza godzina zdawała się potwierdzać oczekiwania, jednak po zakończeniu filmu (po w sumie 2 godz. 40 minutach) nie miałem wątpliwości, że żądałem zbyt wiele: to rzecz przynajmniej o klasę słabsza.
Film opowiada historię człowieka, który rodzi się (w 1918 roku) starcem, a umiera jako niemowlę, po drodze zaś przeżywa niezwykłe przygody. Zostaje więc najpierw podrzucony w beciku (przez statecznego obywatela Nowego Orleanu przerażonego jego wyglądem) na schodach domu starców, tam dorasta jako skurczony w wózku inwalidzkim dziadziuś pod opieką czarnoskórej opiekunki, "młodnieje", zaznaje pierwszych wtajemniczeń seksualnych w miejscowym burdelu, zaciąga się na statek, romansuje w Murmańsku z nieszczęśliwą żoną brytyjskiego dyplomaty (Swinton), bierze udział w II wojnie światowej, aż wreszcie los styka go z utalentowaną baletnicą z nowojorskiej bohemy (Blanchett), którą poznał wprawdzie dużo wcześniej, gdy ona miała lat 13, a on 70, i dopiero teraz są wiekowo zsynchronizowani...
"Benjamin..." jest wspaniale zrealizowany, ma piękne zdjęcia, świetnie zaprojektowane dekoracje, komputerowe efekty specjalne pozwalające dokonać tej "wstecznej" wędrówki w czasie są najwyższej klasy, a Brad Pitt swoją mimiką i mową ciała ładnie przemianę swojego bohatera unaocznia. Ale film jako całość zawodzi. Biorący tytuł (bo niewiele więcej) z krótkiego, humorystycznego opowiadania Scotta Fitzgeralda oparty jest na fantazyjnym, zupełnie niesamowitym pomyśle, a wyciąga z niego zawstydzająco niewiele. Zdawałoby się, że przy tak radykalnie odwracającym porządek egzystencji założeniu opowieść będzie roić się od metafizycznych i emocjonalnych paradoksów - tymczasem konsekwencje, czy filozoficzne, czy po prostu fabularne tego wyjściowego konceptu są szalenie ubogie. Być może zabrzmi to jak herezja, ale gdyby życie Benjamina Buttona przebiegało w normalnym, chronologicznym porządku, to mogłoby niewiele się różnić (oprócz momentów (przy)granicznych) od tego, jakie oglądamy na ekranie. Zapewne rozstaliby się z ukochaną z innego powodu niż ten, że gdy ona się starzeje, on młodnieje, ale romantyzm tej historii miłosnej mógłby być zachowany, a melancholijny ton opowieści (wynikający z tego, że oglądamy czyjś pełny los z jego nieuchronną przemijalnością) też by się nie zmienił. Ostatecznie, czy się umiera jako zdziecinniały staruszek, czy jako sklerotyczne dziecko, nie ma aż takiego znaczenia.
Ponadto ten po epicku rozlewny, niespecjalnie udramatyzowany film w swojej drugiej połowie robi się dość nudny, niektóre jego pomysły (jak np. rama fabularna - całą tę historię czyta córka leżącej na łożu śmierci Blanchett) wydają się niekonieczne, aforystyczne mądrości zalatują pospolitymi truizmami. Nawet jak "Benjamin..." zbierze wszystkie 13 Oscarów, zdania nie zmienię - piękna wydmuszka.