"Italianiec" to przydomek, jaki dostaje sześcioletni Wania, pensjonariusz prowincjonalnego domu dziecka, na wieść, że zamożne włoskie małżeństwo zamierza go adoptować. Wszyscy (koledzy z sierocińca, jego zapijaczony dyrektor itd.) uważają go za szczęściarza i szczerze mu zazdroszczą wyjazdu do słonecznego kraju, i tylko sam Wasia nie wydaje się zachwycony. I pod wpływem wizyty matki swojego kolegi (już wcześniej zaadoptowanego) postanawia odnaleźć swoją własną rodzicielkę...
Trudno o łatwiejszy i bardziej sztampowy sposób wywołania wzruszenia w widzu, jak zastosowany tu pomysł: blondynek o błękitnych oczach przemierza ponury kraj w poszukiwaniu matki, a jego tropem podąża (jak bajkowa czarownica) pazerna pośredniczka w handlu dziećmi, trzęsąca się o utratę sowitej prowizji. Tu zresztą o wzruszenie trudniej, gdyż mechanizm identyfikacji nie jest oczywisty: ostatecznie perspektywa zamieszkania w pięknych Włoszech, u sympatycznie wyglądającego małżeństwa, nie wydaje się aż tak koszmarna, jej alternatywa zaś rysuje się niejasno albo podejrzanie prosto (jeśli na Wanię czeka równie stęskniona matka, to co przeszkadzało, aby się po synka sama pofatygowała?). No ale oczywiście "matkę ma się tylko jedną", a mać Rossija - nawet wyglądająca tak nieatrakcyjnie jak tutaj - lepsza przecież od tego wpatrzonego tylko w euro Zachodu. Wzruszenie? Tak, ale ramion.