Trudno się dziwić, że gdy pojawił się pomysł na telewizyjne starcie znienawidzonego wówczas przez Amerykanów Richarda Nixona i odsuniętego nieco na boczny tor showmana Davida Frosta, nikt w powodzenie projektu nie wierzył. Frost wiódł wtedy życie celebryta, pokazywał z coraz to nowymi paniami, a w pracy prowadził rozmówki z gwiazdami pokroju Bee Gees albo człowiekiem, któremu rzekomo niestraszna jest śmierć. Nixon był już tylko byłym prezydentem, zmuszonym do odejścia, ale konsekwentnie lekceważącym kolejne ustalenia w sprawie Watergate. Mimo braku zainteresowania telewizyjnych stacji i reklamodawców, do wywiadu w 1977 roku w końcu doszło - wywiadu, który stał się jednym z najważniejszych wydarzeń w historii amerykańskiej telewizji.
W filmie Rona Howarda obserwujemy je od kuchni - gdy pazerny na pieniądze Nixon zgadza się na wywiad za 600 tys. dol., gdy telewizyjny błazen zatrudnia do pomocy świetnych researcherów i kiedy wreszcie dwaj bohaterowie skrajnie różnych bajek stają naprzeciw siebie podczas kilku dwugodzinnych sesji. Flegmatyczny Nixon grany przez Franka Langellę okazuje się kwintesencją polityki rozumianej jako gra: mówi dużo, ale najczęściej nie na temat, jest błyskotliwy, inteligentny, a dzięki temu świetnie manipuluje otoczeniem (za pomocą tanich sztuczek rozprasza na przykład zdezorientowanego dziennikarza-showmana), ma kompleksy (za mało wdzięku, urody i młodości), ciągoty do dużych pieniędzy, a przede wszystkim nienaruszalne przekonanie co do swojej racji. Frost (Sheen) inteligencją nie dorasta mu do pięt, ale okazuje się właściwie lustrzanym odbiciem prezydenta: nie chodzi mu o dotarcie do prawdy, ale o słupki oglądalności i kasę, jest zbyt pewny siebie, więc podczas pierwszych spotkań daje się Nixonowi wodzić za nos itp.
Trzeba jednak przyznać, że "pojedynek" fascynujący bywa tylko chwilami - Howard, który wybiera formułę "udawanego" dokumentu, poprzestaje na dość mechanicznym odtwarzaniu kolejnych faktów i zaskakująco gładkich, konwencjonalnych wręcz rozmów bohaterów. W przeciwieństwie choćby do "Good Night and Good Luck" Clooneya niewiele dowiadujemy się tym razem o samej telewizji (czy nie dlatego, że Frost jest w gruncie rzeczy postacią przeraźliwie banalną?). O sile małego ekranu świadczyć ma finałowe zbliżenie przegranej, tragicznej twarzy Nixona: wygląda ono jednak jak prezent dla Frosta, na który dziennikarz wcale nie zasłużył.
To, co najbardziej współczesne, to oczywiście sama polityka: zderzenie naiwnej wiary w prawdę, honor i wartości z pełnym kłamstw wodolejstwem i uzależnieniem od władzy, która pozwala poczuć się ziemskim bogiem. Sugestia, że to Frost byłby lepszym politykiem, okazuje się zresztą dość oczywistym, spełnionym proroctwem. Nawet jeśli w Stanach polityka znów budzi gwałtowne emocje, a rolę znienawidzonego Nixona (ileż to filmów mu już poświęcono?) odgrywa dziś Bush, prawdziwy rząd dusz sprawują celebrities pokroju Frosta.